CZYNNIKI SZCZĘŚCIA DZIECKA TKWIĄCE W RODZINIE (WYBRANE PROBLEMY)
PRÓBA OKREŚLENIA SZCZĘŚCIA DZIECKA W RODZINIE
W literaturze pedagogicznej nie ma definicji, która chociażby najogólniej wyjaśniała, co należy rozumieć przez szczęście dziecka w rodzinie. Wynika to z tych samych przyczyn, dla których nie wyodrębniano tematu szczęścia. Jednak sformułowania „szczęście dziecka" czy „szczęśliwe dzieciństwo" są tak często używane, że konieczne wydaje się bliższe ich sprecyzowanie.
Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ kryteria oceny mogą być różne. Można przyjąć za podstawę definicji zarejestrowane w badaniach wyobrażenia rodziców o tym, co jest dla dziecka źródłem szczęścia, co jest dla niego dobre. Byłoby to jednak równoznaczne z przyjęciem za podstawę czynników bardzo subiektywnych, niejednokrotnie odbiegających daleko od tego, co w kategoriach obiektywnych ma pozytywny wpływ na rozwój dziecka i jego przygotowanie do samodzielnego życia.
Konieczne więc jest inne ujęcie problemu. Wyraża się cno w przyjęciu za podstawę ustaleń generalnych zadań wychowania oraz funkcji, jakie powinna spełniać dobra rodzina. Ujmując problem w takim aspekcie można powiedzieć, że na szczęście dziecka w rodzinie składa się wszystko, co służy jego rozwojowi, wywołuje w nim pozytywne stany psychiczne, jest źródłem zadowolenia z własnej sytuacji i przyczynia się do akceptowania środowiska rodzinnego. W sformułowanym określeniu wyodrębnione i uwypuklone zostały dwie płaszczyzny: pierwsza wiąże się ściśle z warunkami pobudzającymi fizyczny, umysłowy i społeczno-moralny rozwój dzie-
cka, druga dotyczy bogatej i złożonej sfery jego subiektywnych odczuć, przeżyć i doświadczeń. Uważamy, że dopiero takie ujęcie problemu jest pełne i może stanowić punkt wyjścia do szerszej, bardziej pogłębionej analizy. Do najważniejszych czynników, które w obu wymienionych płaszczyznach zapewniają prawidłowy rozwój i wychowanie dziecka należą:
atmosfera w rodzinie charakteryzująca się poczuciem więzi, wspólnotą dążeń, umiejętnością współżycia i współdziałania, wzajemnym szacunkiem i zrozumieniem, tolerancją odmienności upodobań i zainteresowań, solidarnością rodzinną,
postawy rodziców wobec dzieci, a przede wszystkim poczucie odpowiedzialności za ich pomyślny rozwój i prawidłowe wychowanie,
orientacja w sprawach podstawowych dla pedagogicznej działalności rodziców oraz umiejętność organizowania procesu wychowania w rodzinie,
umiejętność łączenia wychowania w rodzinie z innymi formami oddziaływania wychowawczego, zwłaszcza z oddziaływaniem instytucji o charakterze planowym (przedszkole, szkoła).
Treści zawarte w sformułowanych punktach wskazują na to, że obowiązki rodziców wykraczają poza zabiegi pielęgnacyjne i zaspokajanie materialnych potrzeb dziecka. Uwaga ma uzasadnienie w łatwo dostrzeganych brakach w organizowaniu sytuacji wychowawczych w rodzinie, co staje się niejednokrotnie źródłem licznych niepowodzeń i trudności, niekiedy nawet poważnych deformacji.
CZYNNIK AMBICJONALNY W WYCHOWANIU
W procesie wychowania poważną rolę odgrywają ambicje rodziców, chociaż większość postaw rodzicielskich na ogół wyprowadzamy z ich zaangażowania uczuciowego. Ta tendencja upraszcza i zaciemnia rzeczywiste motywy postępowania rodziców. Przeprowadzenie ścisłych podziałów w sferze rodzicielskich motywacji jest trudne, często wręcz niemożliwe. Tym niemniej konieczne jest rozeznanie, jakie czynniki w określonych sytuacjach mają znaczenie dominujące. Dopiero wówczas można podejmować rzeczową analizę funkcjonowania rodziny jako środowiska wychowawczego. Czynnik ambicjonalny szczególnie jaskrawo uwidacznia się w takich sprawach, jak: zapewnienie rodzinie materialnej strony warunków życia, wyobrażenia o dziecku i jego możliwościach, wiązane z dzieckiem oczekiwania, sposób oceniania dziecka na tle innych dzieci. Przy omawianiu wychowawczego funkcjonowania rodziny coraz częściej nawiązuje się do spraw związanych z materialną stroną egzystencji. Jest to uwarunkowane wieloma względami: w ciągu minionego trzydziestolecia warunki naszego życia ulegały stopniowo korzystnym zmianom i jakkolwiek nadal słyszy się narzekania na trudności materialne, można z całą pewnością powiedzieć, że standard życia rodzin zdecydowanie się podniósł. Wyższy standard życia, jego stabilizacja,, wzrost poziomu wykształcenia społeczeństwa inaczej kształtują nasze potrzeby, wymagania i aspiracje. Z tego punktu wi- dzenia każdy może stwierdzić, że brakuje mu jeszcze wielu rzeczy, że skromne środki finansowe udaremniają mu realizację jakichś osobiście ważnych dążeń czy zamierzeń. Zasadniczej zmianie uległy kryteria oceny tego, co nazywamy dobrą lub złą sytuacją materialną. Społeczeństwo zamożniejsze stosuje inną miarę własnego stanu posiadania, szczególnie że nieuniknione zróżnicowania sytuacji indywidualnych wzmacniają tendencje do dorównania innym. Są to prawidłowości pozytywne z punktu widzenia ogólnego rozwoju społecznego pod warunkiem, że orientacja na poprawianie własnej sytuacji materialnej nie zdominuje wszystkich dążeń człowieka i nie stanie się celem samym w sobie, jedyną wartością. Dorosły człowiek dobrze wie, jaką rolę odgrywają środki materialne, ale wie również, chociaż nie zawsze o tym pamięta, że nie można za nie nabyć wielu równie dla niego cennych rzeczy: czyjegoś uczucia, przyjaźni, trwałej satysfakcji wynikającej z poczucia własnej przydatności i wartości. Rodzice w zasadzie powinni wiedzieć, jak szkodliwa może być nadmierna koncentracja na sprawach materialnych, ponieważ sami niekiedy narzekają na dzieci, że „wszystkiego im mało". Praktyka wychowawcza wykazuje, że na doświadczenie dorosłych nie zawsze można liczyć. Gdyby chroniło ono przed błędami, nie rejestrowalibyśmy zjawiska nadkompensacji w zakresie zaspokajania potrzeb materialnych dzieci. Poza miłością do dziecka wchodzą tu jeszcze w grę następujące czynniki: ambicja dorosłych, ich osobisty stosunek do dóbr materialnych jako określonych wartości oraz błędna interpretacja rodzicielskich obowiązków. Wymienione czynniki splatają się ze sobą, często występują łącznie. Niektórzy rodzice nie potrafią niczego dziecku odmówić — żywiołowość uczuciowego zaangażowania rodzi pragnienie ciągłego obdarzania dziecka, zaspokajania wszystkich jego „życzeń" (w większości przypadków są to tzw. zachcianki, ponieważ podstawowe potrzeby materialne dziecka są zaspokajane). Ambicja nie pozwala rodzicom na to, aby ich dziecko miało czegoś mniej aniżeli jego rówieśni- cy. Zaczyna funkcjonować mechanizm porównań, który od dorosłych przejmują dzieci. W sprzyjającej sytuacji przy każdej nadarzającej się okazji przekazują one informacje o tym, co ich koledzy już mają lub mieć będą. Dla rodziców jest to niekiedy bodziec bardzo silny, natomiast z punktu widzenia „interesów" dziecka niesłychanie korzystny. W tak prosty sposób może ono załatwić sobie bardzo wiele. Gdyby nie czynnik ambicjonalny, rodzice nie ulegaliby tak szybko. Rzecz w tym jednak, że sami są zainteresowani, aby ich dziecko nie wypadło „gorzej" na tle rówieśników. W badaniach rejestruje się również zjawisko „wyprzedzania" innych rodziców w obdarowywaniu dzieci. Nie zawsze wynika to z bardzo korzystnego usytuowania rodziny. Raczej świadomość, że własne dziecko ma coś wcześniej, aniżeli jego koledzy, rodzi uczucie dumy i pogłębia przekonanie, że spełnia się swój rodzicielski obowiązek dobrze lub lepiej od innych. Nadkompensacja w zaspokajaniu potrzeb materialnych ma wielorakie ujemne skutki. Dziecko utwierdza się w mniemaniu, że wiele mu się należy i to bez żadnego związku z jego postawą, stosunkiem do rodziny oraz innych pozarodzinnych obowiązków. Od rodziców taka postawa wymaga poważnego wysiłku, niekiedy osobistych wyrzeczeń. Chciałoby się jednak coś z tego mieć także dla siebie (ten mechanizm nie zawsze jest uświadamiany lub odrzuca się taką myśl, aby obronić bezinteresowny charakter świadczeń na rzecz dziecka). Toteż dorośli czują się zawiedzeni i rozgoryczeni, jeżeli dziecko sprawia kłopoty. Niejednokrotnie zakłada się, że skoro daje się dziecku „wszystko", powinno ono czuć się zobowiązane do nie-przysparzania kłopotów, nienarażania na przykrości, niezawodzenia pokładanych w nim nadziei. Nie bierze się pod uwagę tego, że warunki materialne stanowią jedynie oprawę życia dziecka i nie mogą zastąpić przemyślanych działań wychowawczych, nie mogą wyrównać braku uzdolnień czy skutków występujących u dziecka defektów natury organicznej. Brak rozróżnienia tych istotnych, a przecież zupełnie różnych spraw powoduje, że w miarę dorastania dzieci między nimi i rodzicami powstaje niekiedy wiele nieporozumień, wzajemnego niezadowolenia i pretensji. Zjawisko nadkompensacji w zaspokajaniu potrzeb materialnych, dostrzegane już w pierwszych kilkunastu latach powojennych, zwykło się wiązać z intensywnym procesem przemian społecznych we wszystkich dziedzinach życia. Uważano, że nadmierna koncentracja uwagi na zaspokajaniu potrzeb materialnych najmłodszego pokolenia wynika głównie z silnie odczuwanej przez dorosłych potrzeby wyrównania braków, jakie występowały w okresie dzieciństwa i wczesnej młodości samych rodziców. Sądzono, że w miarę stabilizacji życia zaczną przeważać względy natury racjonalnej. Jednak te oczekiwania nie spełniły się z przyczyn, o których była mowa. Nadal utrzymuje się przekonanie, że dobrzy rodzice to ci, którzy wiele dają w materialnym tego słowa znaczeniu. W rozmowach na te tematy można spotkać się z argumentami, że jest to w końcu prywatna sprawa rodziców, to oni dają i nikogo nie powinno obchodzić, jaką za to płacą cenę. Niekiedy dodaje się, że „widocznie ich na to stać" oraz że „są granice ingerowania w prywatne sprawy rodziny". Zwracanie uwagi na nieprawidłowości występujące w procesie wychowania dzieci i młodzieży nie jest ingerowaniem w prywatne sprawy rodziny w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wiadomo, że dorośli i tak postąpią w sposób najbardziej z różnych względów im odpowiadający. Ukazywanie błędnych poczynań ma charakter inspirujący do refleksji, może uczulać na pewne zjawiska lub też zmieniać w niektórych sprawach dotychczasowe poglądy. Jest to jedna z funkcji popularyzacji nauki w ogóle. Wychowanie młodego pokolenia nie może być wyłączone z rozważań teoretycznych. Kształtowanie człowieka jest jedną z trudniejszych i bardziej złożonych form ludzkiej działalności, jakkolwiek przebiega ono w przypadku rodziny w bardzo specyficznych warunkach. Główną cechą tej specyfiki jest właśnie szeroki margines prywatności, intymności i subiektywizmu, a tu zawsze istnieje niebezpieczeństwo błędnych interpretacji i posunięć. Uczucie, dbałość o dziecko oraz wiązane z nim oczekiwania urosły do rangi podstawowych wyznaczników ról rodzicielskich i są w ujęciu potocznym głównymi kryteriami wartości rodziców jako wychowawców własnego potomstwa. Niezbędność tych elementów w postawach rodzicielskich stanowi w ogólnej problematyce wychowawczej poważny czynnik komplikacji, ponieważ: — nie każda forma wyrażania uczuć jest korzystna dla rozwoju młodego człowieka, — nie każda forma opieki sprzyja jego rozwojowi, nie wszystkie wiązane z dzieckiem oczekiwania są na jego miarę, koncentracja uwagi na pewnych tylko sprawach związanych z wychowaniem zubaża cały jego przebieg i może dać rezultaty daleko odbiegające od oczekiwań samych rodziców. Omawiana uprzednio nadkompensacja w zaspokajaniu potrzeb materialnych dzieci powoduje dostrzegalne niedostatki w zaspokajaniu ich potrzeb psychicznych. ; W sytuacjach wychowawczych pojęcie' dawać w i e -1 e nie jest takie jednoznaczne! Tworzenie dziecku szczególnie korzystnej sytuacji materialnej odbija się często ujemnie na jego samodzielnym starcie w dorosłe życie. Zaspokajanie rozwiniętych potrzeb przez długi niekiedy okres czasu udaremniają środki finansowe zdobywane już tylko samodzielnie. Na „własny rachunek" trudniej jest niekiedy żyć tak wygodnie, jak żyło się w domu rodziców. Rodzi to często już na początku dorosłości uczucie rozżalenia i zniechęcenia lub też staje się tak silnym stymulatorem zabiegania o pieniądze, że wszystkie inne wartości, plany i ambicje zostają odsunięte na plan dalszy, niekiedy porzucone całkowicie. Dla młodego małżeństwa taka sytuacja może być bardzo niebezpieczna. Pogoń za dodatkowymi zarobkami eksploatuje fizycznie i nadmiernie obciąża psychicznie. Łatwo w tej sytuacji o konflikty, wzajemne oskarżenia, wreszcie o pochopne decyzje zrezygnowania ze wspólnego życia. Czynnik ambicjonalny, jak już wspominaliśmy, wpływa na kształtowanie się wyobrażeń o dziecku, jego możliwościach i na wiązane z nim oczekiwania. Potraktujemy te sprawy łącznie, ponieważ zachodzą między nimi silne powiązania. Przyjrzyjmy się temu procesowi w jego rozwoju. Nim dziecko przyjdzie na świat, tworzymy sobie pewien jego obraz. Często pierwsze wyobrażenia dotyczą płci. Jedni rodzice pragną mieć chłopca, inni oczekują dziewczynki. Z płci wyprowadza się dalsze właściwości dziecka, a także wyobrażenia o miejscu i roli, jaką powinno ono zająć w społeczeństwie. Nie trzeba uzasadniać, że jest to ujmowanie sprawy nowego życia w aspekcie bardzo osobistym, subiektywnym. Jeszcze nas nie ma, a już ktoś usiłuje przesądzić, jaką powinniśmy mieć płeć, jakie uzdolnienia, co powinniśmy robić i kim powinniśmy być. Preferowanie określonej płci wiąże się z preferowaniem sytuacji społecznej mężczyzny lub kobiety. Może się to także wiązać z wyobrażeniami o roli, jaką dziecko powinno odegrać w życiu rodziny. Chłopiec to przedłużenie ciągłości rodowej, przedłużenie biologicznego istnienia określonej grupy przez podtrzymanie nazwiska. Dawniej był on także spadkobiercą, kontynuatorem roli, jaką w szerszym otoczeniu społecznym odgrywali przodkowie w linii męskiej. W badaniach można spotkać się również z twierdzeniem, że chłopiec sprawia rodzicom mniej kłopotów, nie wymaga takiej kontroli i opieki jak dziewczynka. Zwolennicy dziecka płci żeńskiej dowodzą, że dziewczynka pozostaje zawsze związana z rodziną, że można na nią bardziej liczyć w sytuacjach dla rodziców trudnych, a także w podeszłym wieku. Z płcią związane są wyobrażenia o cechach i uzdolnieniach. Powstaje obraz na miarę pragnień i ambicji rodziców. Będzie on się utrwalał w ich świadomości i ciążył na procesie wychowania; ciąży także na samym dziecku, które często nie jest w stanie sprostać ocze-kiw-"Jiiom i wymaganiom. Dla dobra samego dziecka konieczne jest dokonywanie różnego rodzaju korekt w tej pierwotnej wizji lub też stopniowe od niej odchodzenie mając na uwadze jego fizjołogiczno-anatomicz-ne i psychiczne wyposażenie. Taka zmiana postawy wobec rozwijającego się nowego człowieka nie jest sprawą łatwą, rzadko też rodzice podejmują podobne próby. Wymagałyby one wnikliwej obserwacji, zobiektywizowanego stosunku, ostrożnego wyważania i oceniania cech i właściwości, które są przecież dopiero w stadium rozwoju, a więc można je zarówno wydobywać i pogłębiać, jak i tłu- mić. Prostsze, łatwiejsze jest liczenie na to, że dziecko spełni wiązane z nim nadzieje. Problematyka subiektywnych uwarunkowań szczęścia dziecka w rodzinie jest znacznie obszerniejsza i bogatsza aniżeli to, co zostało dotąd poruszone w książce. Pominęliśmy w tym fragmencie tak ważną z punktu widzenia konsekwencji wychowawczych sprawę, jak kompensowanie przez miłość do dziecka własnych życiowych rozczarowań i niepowodzeń. Pominęliśmy również konsekwencje wynikające ze złego współżycia rodziców. Będzie o tym mowa w dalszych rozdziałach.
INNE WPŁYWY RODZINY A SZCZĘŚCIE DZIECKA
Skoncentrujemy się przede wszystkim na trzech sprawach o zasadniczym znaczeniu dla dodatniej oceny własnego życia i dobrego samopoczucia: na obiektywizmie w ocenie swojej życiowej sytuacji i tego, co już się osiągnęło, zdolności do cieszenia się życiem oraz umiejętności bycia sobą, zachowania własnej autentyczności. Związek między postawami rodziców, ich właściwościami i tworzonymi przez nich sytuacjami a postawami dzieci także w tej dziedzinie jest bardzo ścisły.
KLIMAT ŻYCIA RODZINNEGO
Za wymienieniem na pierwszym miejscu atmosfe-r y życia rodzinnego przemawia to, że na jej tworzenie się wpływają wszystkie składniki rodzinnej egzystencji, równocześnie ona sama wpływa na kształtowanie się nowych sytuacji i' rzutuje na całokształt funkcjonowania rodziny. Zachodzą tu tak liczne sprzężenia, że dokonanie podziału między poszczególnymi zjawiskami jest bardzo trudne, jeżeli w ogóle możliwe. Uwidocznia się to najpełniej w sytuacjach konflikto- wych, kiedy nie można z całą pewnością ustalić, co było pierwotną przyczyną nieporozumienia, a co stanowi konsekwencję innych przyczyn. Atmosferę w rodzinie lub inaczej mówiąc — klimat — tworzą dorośli, a rolę decydującą odgrywają tu właściwości i walory rodziców, ich osobisty stosunek do siebie, do własnego życia, stosunek do wartości. W tych podstawowych płaszczyznach zamykają się wszystkie sprawy życia rodzinnego, a więc akceptacja dokonanego wyboru współmałżonka, zadowolenie ze wspólnie tworzonej egzystencji, zgodność poglądów w kwestiach podstawowych, zbieżność dążeń lub tolerancja ich odmienności, umiejętność współdziałania oraz rozwiązywania spraw trudnych. Akcent na rolę dorosłych w tworzeniu rodzinnej atmosfery jest potrzebny, ponieważ nazbyt często obarcza się winą za jej zakłócanie dzieci. Ich niepowodzenia w nauce, niewłaściwe zachowanie, sprawiane zawody, trudności związane z procesem dorastania uważa się niekiedy za główny powód zburzenia spokoju w domu i nieporozumień między rodzicami. Takie odwrócenie sprawy nie sprzyja rozwiązywaniu problemów wychowawczych, wręcz przeciwnie — komplikuje je jeszcze bardziej, a sytuacja dziecka staje się trudniejsza, bowiem zamiast pomocy ze strony dorosłych spotykają je pretensje, wyrzuty, a nawet kary. Żartobliwe powiedzenie, że dorośli chętnie mieliby dzieci, gdyby przy okazji nie trzeba być rodzicami, zawiera w sobie dużą dozę prawdy. Konieczność nie tylko świadczeń na rzecz dziecka, ale także towarzyszenia jego rozwojowi i kierowania tym procesem wprowadza do życia dorosłych wiele elementów komplikacji. Takie ujęcie może kogoś razić, jednak jest to fakt nie do podważenia, szczególnie w obecnych warunkach. Chodzi przede wszystkim o pracę zawodową obojga rodziców poza domem, o wzrost indywidualnych ambicji i aspiracji dorosłych, o ich niekiedy dużą koncentrację uwagi na sprawach pozarodzinnych. Niemałą rolę w kształtowaniu, się stosunków wew-nątrzrodzinnych, a co za tym idzie — atmosfery domu, odgrywają problemy, wobec których stają sami rodzice. Wymieńmy chociażby taką kwestię, jak podział ról rodzinnych. Coraz częściej wzory tradycyjne w tej dziedzinie nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Znane są skutki zderzenia aktualnych potrzeb z wyobrażeniami o układzie stosunków w rodzinie. W kształtowaniu się indywidualnych modeli rodziny nie pomagają dyskusje toczące się na szerokim forum społecznym. Niekiedy nawet rodzi zdziwienie fakt, że zamiast akcentów na konieczność samodzielnego, konsekwentnego rozstrzygania o kształcie własnej rodziny, podejmuje się rozważania, co do których nie bardzo wiadomo, czemu mają służyć. Do takich należą dyskusje na temat, czy matki powinny pracować zawodowo, czy też nie. Można się spierać o to; można również rozważać, czy w naszych rodzinach występuje „pełne" równouprawnienie, czy też „wszystko" należy do kobiety itp. Tylko jakie wynikają z tego praktyczne wnioski? Jak to się ma do warunków, w jakich żyjemy, do potrzeb indywidualnych i społecznych? Wiadomo, że fizyczna obecność matki w domu jest dla rodziny ważna, ale nie decydująca, jeśli chodzi o sposób wychowania dzieci, o panującą w rodzinie atmosferę, stosunki między samymi małżonkami. W tych sprawach decydują inne czynniki. I to także wiemy. Spory o równouprawnienie w stosunkach wewnątrzro-dzinnych i jego zakresy, ciągle jeszcze żywe i chętnie podejmowane, nie sprzyjają przełamywaniu barier obyczajowych i psychicznych; nie służą tworzeniu nowego stylu życia, odpowiadającego aktualnym warunkom, indywidualnym potrzebom i dążeniom ludzi. W wielu dziedzinach życia społecznego nauczyliśmy się myśleć kategoriami właściwymi dla przełomu dwóch epok; w sprawach, które dotyczą sfery prywatności trudno jest nam wyzwolić się od operowania stereotypami, i nie dostrzegamy, że chociaż spory nie wygasają, życie toczy się naprzód swoim trybem. Coraz więcej kobiet podejmuje pracę zawodową nie tylko ze względów ekonomicznych. Z różnych przyczyn femi-nizacji ulegają niektóre zawody. Potrzebna jest siła robocza, zwłaszcza wykwalifikowana. Rozwój społeczno-ekonomiczny i kulturalny krajów wyłania obecnie coraz nowe problemy, od rozwiązania których zależy dalszy ich postęp i poziom życia. Sprawy te uwzględniane są w raportach o charakterze mię- dzynarodowym. Posłużymy się jednym tylko przykładem. Znany raport UNESCO z 1972 r. pod redakcją Faure'a postuluje szerszy, aniżeli dotąd, rozwój wychowania przedszkolnego. Wiadomo, że pracę tę podejmują niemal wyłącznie kobiety. W warunkach intensywnych przeobrażeń politycznych i ekonomiczno-społecznych, charakterystycznych dla naszej cywilizacji, eksponowanie czynnika płci w jakiejś jednej dziedzinie (poza sferą seksualną) sprawia wrażenie swoistego droczenia się z życiem. Problem stosunku do równouprawnienia wraz ze wszystkimi jego przejawami i konsekwencjami wiąże się z tematem książki, ponieważ: na tym tle dochodzi często do konfliktów małżeńskich, a te, jeśli się nasilają, grożą zwartości rodziny, dorośli z najbliższego otoczenia w wyniku braku konsekwencji przyczyniają się wydatnie do dezorientacji dzieci i tym samym nie spełniają swoich zadań w zakresie przygotowania ich do samodzielnego życia. Z jednej strony przywiązuje się dużą wagę do wykształcenia i zdobycia zawodu przez dzieci obojga płci. Ten okres przygotowawczy „zabiera" im kilkanaście lat życia. Równocześnie podważa się sensowność wysiłków, do których młodzież jest zmuszana i daje się jej do zrozumienia, że to „wszystko nie tak", że właśnie dawna, tradycyjna koncepcja życia jest nadal słuszna. Występuje tu wyraźna sprzeczność między dążeniami rodziców, oczekiwaniami, jakie wiążą z dziećmi, a osobistymi poglądami dorosłych. Dwoistość postaw, ich ambiwalencja zaszczepiana jest młodym. Część z nich rozpoczyna życie z takim właśnie wewnętrznym rozchwianiem. Dopiero przyszłość ma wykazać, czy „dorobią się" własnej koncepcji życia. Są rzeczy, które powinno się wynieść z domu jako trwałe wyposażenie na okres dorosłości. Należy do nich, między innymi, umiejętność racjonalnego, konsekwentnego myślenia, odwaga w podejmowaniu decyzji, uświadamianie sobie tego,_ że sytuacje życiowe nie zamykają się w obrębie kolorów białych i czarnych. Są jeszcze barwy pośrednie, niekiedy bardzo subtelne i trudne do uchwycenia. Wprowadzanie w błąd czy dezorientowanie dzieci utrudnia im dorastanie do ról prywatnych i zawodowych, społecznych, obniża możliwość sprostania obowiązkom. W omawianej kwestii „równouprawnienia" słuszne wydaje się tylko jedno stanowisko — młodzi ludzie zakładając rodzinę sami powinni rozstrzygnąć, jaki model stosunków im odpowiada i dlaczego. Praca zawodowa kobiety poza domem nie przesądza sprawy tak zwanej nowoczesności rodziny, tak jak pozycja „przy mężu" nie gwarantuje trwałości i jakości rodziny jako grupy społecznej, środowiska wychowawczego, wreszcie jako sfery prywatnego życia człowieka. Jedno i drugie może okazać się złe, jeżeli małżonkowie są niedojrzali, nie potrafią samodzielnie myśleć, nie są w stanie uzgodnić swoich stanowisk. Analiza przyczyn konfliktów między dorosłymi i rozbieżności ich indywidualnych dążeń wykracza poza temat książki, toteż ten fragment rozważań ma charakter zdecydowanie szkicowy. Wymieniając na pierwszym miejscu wśród czynników zapewniających prawidłowy przebieg procesu rozwoju i wychowania dzieci, atmosferę w rodzinie chciałam jedynie podkreślić, że wszędzie tam, gdzie jest ona zła, nie może być mowy 0 szczęściu dziecka. Nie zamierzamy sugerować tak zwanego poświęcania się dla dzieci w sytuacji, gdy każdy dzień stwarza okazję do nowych zadrażnień, coraz bardziej oddala dorosłych od siebie. Nie pragniemy również apelować o „pojednanie się" w sytuacjach trudnych czy krytycznych. Naszym zadaniem jest jednoznaczne stwierdzenie, że od układu stosunków wew-nątrzrodzinnych, od klimatu domu zależą w znacznym stopniu rezultaty wychowawczych poczynań rodziców, 1 to, czy dziecko czuje się szczęśliwe, czy też przeżywa gorycz odrzucenia lub własnej zbędności w rodzinie, uwikłania w skomplikowane sprawy dorosłych. Za wyeksponowaniem problemu przemawia także to, że układ stosunków między rodzicami ma ogromny wpływ na organizację procesu wychowania, stosowane metody, sposób traktowania dzieci, wiązane z nimi oczekiwania. Nie jest prawdą, że są to sprawy zupełnie od siebie niezależne, że można je całkowicie rozdzielić, chociaż taki pogląd ma wielu zwolenników.
KULTURA WEWNĘTRZNA JAKO WARTOŚĆ NADRZĘDNA
Oto elementy wewnętrznej kultury człowie-k a, której brak odczuwa się silnie zarówno w relacjach społecznych (zawodowych), jak i w życiu prywatnym: umiejętność myślenia kategoriami wykraczającymi poza to, co stwarza podstawy materialnego bytu jednostki, refleksyjność i wyobraźnia pozwalająca na ujmowanie różnych przejawów życia (własnego, innych ludzi) w szerszym zasięgu i wymiarze, wrażliwość moralna i estetyczna, dyspozycje do rewidowania własnych poglądów, wewnętrzna gotowość do tworzenia nowych wartości intelektualnych, moralnych, kulturalnych i społecznych, dyspozycje do doskonalenia stosunków społecznych w szerszej skali oraz wzbogacania współżycia w mniejszych układach ludzkich, takt, delikatność i tolerancja we współżyciu z ludźmi. Wewnętrzna kultura człowieka nie stanowi prostej wypadkowej wykształcenia. Uczymy się głównie po to, aby lepiej rozumieć otaczającą nas rzeczywistość, świat, w jakim żyjemy. Zdobyte wykształcenie nie wpływa na nas w sposób doskonalący wewnętrznie, jeżeli sami 0 to nie zabiegamy, jeżeli nam na tym doskonaleniu siebie nie zależy, wreszcie jeżeli w społeczeństwie wartości moralne człowieka, jego kultura osobista nie zys--kują właściwej aprobaty i nie cieszą się przywilejem szczególnych preferencji. Wychowanie jest procesem obejmująeym wszystkie sfery osobowości jednostki; cele wychowania i kształcenia także są ze sobą ściśle powiązane, jednak praktyka wychowawcza, a zwłaszcza jej społeczne uwarunkowania, nie zawsze służą pełnej realizacji założeń teoretycznych, dlatego właśnie wykształcenie nie określa w sposób jednoznaczny również wysokiego poziomu moralnego i kulturalnego człowieka. Przykłady nierówno-mierności rozwoju znaleźć można bez większych trudności często w najbliższym otoczeniu. Od ogólnej kultury dorosłych w ogromnej mierze zależy zarówno sposób traktowania dziecka, jak i system wychowania w rodzinie; to, jakie wartości zostaną przez dziecko zinternalizowane (przyswojone jako własi ne); czy będzie się na nie oddziaływać w sposób brutalny, drastyczny; czy rozwinie się u niego samowola, poczucie bezkarności. Stosunek człowieka do siebie, istotny wykładnik wewnętrznej kultury (lub jej braku) określa się w pedagogice jako postawę interpersonalną. Szerzej analizuje to zagadnienie Heliodor Muszyński w książce pt. Ideał 1 cele wychowania (Warszawa 1972, PZWS). Autor łączy w jedną, wewnętrznie spójną całość różne elementy. Do podstawowych elementów zalicza: to, co człowiek myśli o sobie, jak sobie siebie wyobraża, jak siebie ocenia, w jakim stosunku pozostają zarówno te wyobrażenia, jak i oceny, do przyjętego i społecznie aprobowanego systemu wartości, w jakim stopniu człowiek dąży do internalizacji wartości, które ceni i uważa za słuszne, jak stara się wcielać w życie aprobowane przez siebie wartości. H. Muszyński wyodrębnia osiem głównych postaw in-trapersonalnych: postawę godności osobistej, samokontroli, perfekcjonizmu, odpowiedzialności za siebie, optymizmu, samodzielności, osobistej odwagi, dzielności. Postawy jednostki, a także szczęście człowieka, wiąże z dążeniem do realizacji socjalistycznego ideału człowieka. Dwóm spośród wymienionych postaw warto poświęcić nieco uwagi ze względu na temat książki. Oto jak autor interpretuje postawę perfekcjonizmu: „Szczęście własne jednostki oraz internalizacja socjalistycznego ideału osobowego zachodzą wyłącznie pod warunkiem stawiania sobie samemu określonych wymagań zgodnych z własnymi możliwościami i warunkami z jednej strony, z danym zaś ideałem z drugiej, oraz posiadania dostatecznie silnych motywów czynienia zadość tym wymaganiom rozwojem własnej osobowości". Postawa optymizmu to: „Postępy w samorozwoju jednostki — na drodze urzeczywistniania w sobie i w swojej życiowej aktywności socjalistycznego ideału osobowego oraz w osiąganiu niesprzecznego z tym ideałem szczęścia osobistego...". Warunkuje ją równowaga duchowa, którą H. Muszyński widzi w skłonności do „koncentrowania się na pozytywnych celach życiowych, a nie na zagrożeniach".
KULTURA ŻYCIA RODZINNEGO
Wyczerpujące omówienie tego tematu wymagałoby osobnej rozprawy. Z konieczności ograniczę się jedynie do zasygnalizowania spraw najistotniejszych z punktu widzenia głównego przedmiotu rozważań w książce. Do podstawowych czynników kultury życia rodzinnego należą: wartości cenione przez dorosłych i przekazywane dzieciom, typ kontaktów wewnątrzrodzinnych, styl życia rodziny, umiejętność tworzenia domu. Zaproponowane ujęcie tematu może wydawać się kontrowersyjne lub niepełne. Drugi zarzut jest niewątpliwie słuszny, ale w pierwszej sprawie warto się pospie-rać. Wszystko, o co człowiek zabiega, z czym wiąże swoje myśli, w co angażuje siły, może być traktowane instrumentalnie, to jest jako środek służący realizacji innych zamierzeń i dążeń lub jako wartość sama w sobie. Instrumentalne podejście do wartości, do życia w ogóle obejmuje niejednokrotnie całość działań człowieka lub ich znaczną część. Wykształcenie, kwalifikacje mogą być cenione jako niepodważalne walory człowieka, a także wyposażenie zwiększające możliwość społecznie użytecznego działania, wpływania na coś, tworzenia nowych wartości, dokładania „własnej cegiełki" do zbiorowego dorobku. Ale mogą one być również traktowane jako niezbędny warunek pięcia się po drabinie kariery i awansu społecznego, zdobywania przewagi nad innymi, zapewniania sobie lepszej sytuacji materialnej. Nie chodzi o to, aby obniżać znaczenie pozycji społecznej i korzystniejszych warunków egzystencji. Pragnę jedynie podkreślić, że jako cel sam w sobie jedno i drugie nie wzbogaca człowieka wewnętrznie, nie chroni go przed uczuciem pustki, osamotnienia, znużeniem. Dopiero przywrócenie właściwych proporcji między wartościami, ich prawidłowe uszeregowanie może dać pełną satysfakcję stając się treścią życia, a nie wyłącznie „metodą" dochodzenia do czegoś. Potocznie określane „dochodzenie do czegoś" musi mieć głębszy sens. Gubiąc ten aspekt sprawy narażamy się niekiedy na wręcz neurotyczną gonitwę za jakimiś mirażami, na nie zawsze uświadamiane czekanie na „coś", co nada naszym wysiłkom większy wymiar, zaspokoi inne, na ogół bardzo intymne pragnienia. „Dochodzenie do czegoś" może więc być z punktu wi- dzenia celów zarówno wyrazem wewnętrznego ubóstwa człowieka, niekiedy jego prymitywizmu, jak i bogatej, ciekawej, dynamicznej osobowości. Cenione wartości to sprawa o zasadniczym znaczeniu w życiu ludzi, rzutują one na wszystkie, jego dziedziny. System wartości preferowanych przez dorosłych wpływa na styl życia rodziny, panujące w niej stosunki, atmosferę domu. Jeżeli z całego systemu wartości wyrwiemy jeden lub więcej elementów i nadamy im charakter nadrzędny, wewnętrzna struktura systemu musi ulec zaburzeniom — coś ulegnie pomniejszeniu, stanie się komponentem marginesowym lub zdewaluuje całkowicie. Wysunięcie się na czoło systemu wartości czynnika materialnego wpływa niewątpliwie dodatnio na warunki materialnej egzystencji, pozwala na „wybicie się" ponad poziom przeciętnych możliwości ogółu. Wymiernymi oznakami tego jest wyższy standard życia, bogatsza jego oprawa, większe możliwości korzystania z różnego rodzaju przyjemności czy rozrywek itp. Tego rodzaju sytuacja może być źródłem satysfakcji, a nawet zadowolenia, czy jednak jest to zadowolenie pełne, czy może być ono trwałe? Przy podanym systemie preferencji wartości sprawą zawsze otwartą jest pułap osiągnięć. Nadal można jeszcze coś zdobyć, załatwić, a ponadto utrzymanie aktualnego stanu posiadania wymaga starań i wysiłków. Człowiek zaczyna wikłać się coraz bardziej w realizację kolejnych zamierzeń i pragnień i to tak dalece, że zdolność do przeżywania satysfakcji coraz bardziej słabnie. Trzeba ją wspierać jakąś „ideologią". Najskuteczniejsze z indywidualnego punktu widzenia wydaje się podkreślanie, że są to zabiegi podejmowane wyłącznie lub głównie z myślą o rodzinie, dzieciach. Nie są to jednak poczynania skuteczne, ponieważ osoby z najbliższego otoczenia szybciej i łatwiej przystosowują się do materialnej strony warunków życia, aniżeli są w stanie zaakceptować i zrozumieć inne braki czy niedostatki. O kulturze życia rodzinnego decyduje w sferze wartości dążenie do nasycenia go różnymi elementami: troska o standard życia musi się zbiegać z dbałością o jego „urodę" w szerokim tego słowa znaczeniu. Mówiąc najogólniej składa się na nią wrażliwość estetyczna, intelektualna i moralna. Wzbogaca to treściowo życie rodziny, określa jej wyższy poziom, wyższą społeczno--kulturalną rangą w środowisku, jedna autentyczny szacunek. W takiej koncepcji życia nie ma miejsca na dorobkiewiczostwo, snobizm, wywyższanie się nad innymi; jest ona wolna również od wszelkich przejawów wulgarności i prostactwa. Nakreślony model rodziny jest wzorem zasługującym na jak najszersze rozpowszechnianie w naszych warunkach polityczno-społecznych. Ma on także obiektywne szanse rozpowszechniania się. Na przeszkodzie stoją obciążenia negatywnymi wzorami współżycia w obrębie rodziny, jednostronnie ukierunkowane ambicje i aspiracje dorosłych, ich własne braki, brak dbałości o wyższy poziom kultury wewnętrznej w wychowaniu dzieci. Warto zwrócić uwagę, że w języku potocznym mało jest określeń eksponujących tę stronę życia rodzinnego. Mówi się: rodzina „dobra" lub „zła", zgodna lub skłócona, zamożna, posiadająca pewne lub duże wpływy, „wykształcona", uczciwa czy z tak zwanego marginesu społecznego itp. Są to określenia mniej lub bardziej jasne, o bardzo różnorodnych układach odniesienia. W warunkach intensywnych przemian społecznych, terytorialnego przemieszczania się ludności oraz wzrostu ogólnego poziomu wykształcenia społeczeństwa także dawna terminologia mało wnosi do charakterystyki, rodziny. Miejsce zamieszkania, wykonywany zawód to cechy wyłącznie zewnętrzne, wyznaczające społeczne uplasowanie rodziny. O poziomie i jakości jej życia nic to jeszcze nie mówi. Nie będziemy próbowali rozstrzygać, na ile przynależność do określonego środowiska społecznego lub grupy zawodowej wyznaczała dawniej jakość życia rodzinnego. Z bogatych przekazów literackich wiadomo, że różnie się to kształtowało. Do środowiska przypisane były pewne konwencje, pewne style życia, jego materialna oprawa. Stanowiły one często doskonały kamuflaż dla treści, jakimi to życie było wypełnione. Ścisłe przestrzeganie intymności życia prywatnego nie pozwalało na ujawnianie jego stron negatywnych. W środowisku arystokracji było to w „złym tonie". W środowisku mieszczańskim mniej uczulonym na „ton" ogromną wagę przywiązywano do zachowania pozorów (tak świetnie przedstawiona przez Zapolska „dulszczyzna"). Żyjemy w czasach, które charakteryzuje silna niechęć do różnych przejawów zakłamania. Z tej to przyczyny rodzi się nazbyt często skłonność do nadmiernego obnażania życia prywatnego, do odrzucania także i tych norm, bez respektowania których życie staje się trudne do zniesienia. Mamy na myśli wkradający się do współżycia ludzi, również w stosunkach prywatnych, element brutalności i wulgarności. Jest to oczywiście sprawa dyskusyjna, ale wydaje się, że dosłowność w określaniu pewnych zjawisk czy sytuacji, w sposobie wyrażania tego, co się myśli i czuje, do czego się dąży nie jest aż tak bardzo potrzebna, jak to się niekiedy przedstawia. Wulgarny język (licznych tego przykładów dostarcza współczesna literatura, inne rodzaje twórczości, np. kinematografia, teatr) oraz eksponowanie najbardziej brutalnych stron życia jakoś mało pomagają współczesnemu człowiekowi w przystosowaniu się do warunków, w rozwiązywaniu trudnych i skomplikowanych problemów osobistych. Z punktu widzenia zdrowia psychicznego nie wydaje się to być najskuteczniejszy zabieg terapeutyczny. Gdyby było inaczej, czulibyśmy się zdrowsi, łatwiej byłoby o zachowanie wewnętrznej równowagi. Można jedynie powiedzieć, że stać nas na to, na co nie umiały się zdobyć poprzednie pokolenia. Tylko co z tego wynika dla samego człowieka? Nie wydaje się również, aby na tym tle szczególnie dobrze czuło się młode pokolenie. Od starszych przejęło skłonność do „okłamywania się"; daje temu wyraz niekiedy wręcz przesadny. Tylko po odrzuceniu pseudowartości czy wartości pozornych nazbyt często nie pozostaje nic, ponieważ nie wpojono mu wartości autentycznych, nie pokazano wzorów pozytywnych (nie wystarczy sięgać wyłącznie do historii), nie starano się przekonać, że człowiek to nie tylko odbicie warunków, w jakich przyszło mu żyć, ale także ich twórca, że może kształtować życie tak, aby wolne było od zakłamania, lecz bogate w treści, interesujące, społecznie coraz doskonalsze. Oczywiście wiele mówi się o różnego rodzaju wartoś- ciach, jednak nie słowa kształtują postawy, a wzory, które chciałoby się naśladować. Podstawowym ich źródłem jest mikroświat dziecka — rodzina.
NIEKTÓRE PRZYCZYNY TRUDNOŚCI W NAWIĄZANIU KONTAKTU WYCHOWAWCZEGO
Jedną z przyczyn utrudniających porozumienie się między pokoleniami jest przedstawianie się wychowywanym w świetle szczególnie korzystnym, odżegnywanie się od popełniania w ich wieku jakichkolwiek błędów i wykroczeń, mniej lub bardziej świadome kreowanie się na „ideał", któremu nigdy nie zdarzały się poczynania nierozważne czy niepoważne, lekkomyślne. Znikoma jest przydatność zabiegów „wybielających", ponieważ młode pokolenie ceni dorosłych za aktualną postawę, za to, co sobą faktycznie reprezentują, a nie za „świetlane wizje" trudnej do sprawdzenia przeszłości. Podobnie jest z wszelkimi porównaniami. Określenia „dawniej", „za moich czasów", „jak byłem w twoim wieku", mają rację bytu jedynie wówczas, gdy dzielimy się z dziećmi wspomnieniami. Jest to cenny składnik życia rodzinnego, jednak nie można wspomnień traktować jako środka okazjonalnie do czegoś mobilizującego czy pozwalającego na wyrażanie niezadowolenia z dziecka. Porównania, przy których z góry zakłada się, że ktoś musi wypaść lepiej, a ktoś gorzej, drażnią i rodzą sprzeciw. 1 Terencjusz (II w. p.n.e.) — komediopisarz rzymski. Na dwa negatywne skutki takiej „metody" wychowawczej warto zwrócić uwagę. Automatycznie wyłączona zostaje płaszczyzna szczerej rozmowy na wiele ważnych tematów. Młodemu pokoleniu daje się do zrozumienia, że jest „gorsze", „mniej udane", bardziej podatne na wszelkiego rodzaju „złe" wpływy. Rodzi to niekiedy bunt i skłonność do manifestowania tego, że jest się „gorszym". Pedagodzy znają ten niepożądany sposób wyrażania siebie przez młodzież i wszystkie wynikające z niego negatywne konsekwencje. W stosunkach międzyludzkich stawianie siebie za wzór w ogóle jest żenujące i drażni; w sytuacjach wychowawczych stanowi ono czynnik komplikujący wiele spraw i daje efekty odwrotne do pożądanych. Trzeba pamiętać o tym, że każde pokolenie ma swoją epokę, która określa warunki życia, ukierunkowuje dążenia, kształtuje poglądy, potrzeby. Wychowanie może odegrać poważną rolę w rozwijaniu i kształtowaniu osobowości dzieci i młodzieży, jednak proces ten nie przebiega w społecznej izolacji, w oderwaniu od tego, co dla najmłodszego pokolenia jest współczesnością i zapowiedzią przyszłości. Starszych na przestrzeni dziejów zawsze drażniła „inność", odmienność młodego pokolenia. Zawsze też usiłowano różnice te w jakiś sposób osłabić. Z takich właśnie usiłowań rodzi się między innymi zjawisko określane jako „konflikt pokoleń". Jest to więc w pewnym sensie prawidłowość rozwojowa, a charakter i rozmiary owego „konfliktu" zależą przede wszystkim od stopnia przygotowania rodziców do roli wychowawców, od sposobu, w jaki sami interpretują zachodzące w świecie zmiany. Trudno jest łączyć szacunek i dystans do przeszłości, zwłaszcza gdy „przeszłość" ta składa się na dzieciństwo i młodość rodziców. Z poczucia przemijania czasu rodzi się często gloryfikowanie wszystkiego, co było dawniej, niemożność oddzielenia zjawisk pozytywnych od negatywnych, „dobra" od „zła". Te elementy postawy dorosłych utrudniają porozumienie się z dziećmi. Utrudniają także akceptację współczesności, która stanowi naturalne tło rozwoju młodego pokolenia. Jak każda epoka, także ta, w której żyjemy, ma swoje dodatnie i ujemne strony. Odrzucanie wszystkie- g o sprzyja kształtowaniu się u dzieci i młodzieży postawy bezkrytycznej niekiedy akceptacji tak zwanej nowoczesności, fascynację nią (jest w tym sporo przekory, a także błędne mniemanie, że starsi zatrzymali się „w miejscu" i wielu rzeczy nie potrafią zrozumieć), może także, jak już wspominaliśmy, rodzić uczucie zniechęcenia do życia, lęku przed nim. Sprzyjający odczuwaniu zadowolenia z życia przyjazny, choć nie pozbawiony elementów krytycyzmu stosunek do rzeczywistości powinien być sprzężony z dyspozycjami do samodoskonalenia się. Procesowi temu służą: zdolność człowieka do kształtowania siebie tak, aby jego wewnętrzny rozwój był coraz pełniejszy i coraz bogatszy, umiejętność łączenia własnych dążeń, pragnień i ambicji z dążeniami, pragnieniami i ambicjami innych ludzi, przy założeniu, że wszyscy mają prawo do osobistego szczęścia w ramach ogólnych zasad współżycia społecznego. W ustroju socjalistycznym są one jednoznacznie określone, chociaż nie zawsze przez jednostki czy grupy przestrzegane, -r- umiejętność rozważnego podejmowania decyzji, rozwinięte poczucie odpowiedzialności za własne czyny oraz wykształcone dyspozycje do samooceny i samokontroli, umiejętność uświadamiania sobie własnych pomyłek i błędów, wyciągania z nich właściwych wniosków (naprawianie wyrządzonych krzywd, zdolność do przepraszania, odważne wycofywanie się z sytuacji, jakie zaistniały w wyniku braku przemyśleń, lekkomyślnych działań itp.). Zachęcanie dzieci i młodzieży do pracy nad sobą zależy od pedagogicznych umiejętności rodziców, od ich orientacji, nad czym i dlaczego dziecko powinno pracować, a także od taktu i delikatności przy zwracaniu uwagi na braki dziecka. Tak zwane wytykanie komuś wad w każdej sytuacji wiąże się z przykrością i zażenowaniem tego, kogo się krytykuje. W kontaktach z dziećmi i młodzieżą rzadko bierzemy to pod uwagę. Raczej dominuje przekonanie, że im ostrzej jest sformułowana krytyka, tym lepsze będą jej rezultaty. W kontaktach z osobami dorosłymi zachowujemy się na ogół inaczej, wobec dzieci nadużywamy często praw przysługujących wychowawcom i w sposób niezamierzony nie rozwijamy jednej z ważniejszych cech osobowości — poczucia godności osobistej. Jednym ze sposobów pozornie dodatniego oddziaływania na dzieci jest usiłowanie wzbudzenia w nich uczucia lęku. System wychowania oparty na strachu deformuje jednak ich osobowość, wypacza je charakterologicznie, jest źródłem poważnych trudności wychowawczych. Na uczynienie ze strachu metody wychowawczej „pracowały" przez wieki całe pokolenia wychowawców, myślicieli, moralistów. Wywoływanie u dziecka uczucia strachu wiązano z szacunkiem dla starszych, posłuszeństwem, zdyscyplinowaniem, poszanowaniem wpajanych mu zasad moralnych. Strach jako stymulator działania miał chronić przed popełnianiem błędów i czynów „niegodnych", zdemoralizowaniem, słabością charakteru. Im więcej elementów zastraszania wprowadzono do stosunków społecznych, tym silniej akcentowano konieczność i zasadność odwoływania się do strachu w kształtowaniu samego człowieka. Rozwój nauki w XX w. wzbogacił wiedzę o ujemnych skutkach wprowadzania do wychowania napięć i stresów. Spowodowało to poważny zamęt w praktyce wychowawczej. Jedni rodzice zarzucili całkowicie wdrażanie dzieci do posłuszeństwa, w dyscyplinę, pozostawiając im całkowitą swobodę, inni dostrzegając szerzącą się samowolę i bezkarność zaostrzali zakazy i sankcje karne. Wykształciły się dwa krańcowo odmienne systemy wychowania, równie szkodliwe w konsekwencjach, a ponadto dezorientujące rodziców. Czy współcześnie sytuacja uległa jakiejś zasadniczej zmianie? Trudno jest sformułować odpowiedź brzmiącą jednoznacznie. Wprowadzanie do praktyki wychowawczej (lub nie) elementu strachu wiąże się z szerszymi zagadnieniami. Należą do nich: ,styl kierowania rozwojem dziecka, układ stosunków między dorosłymi i dziećmi w rodzinie, sposób, w jaki rodzice interpretują i stosują nagradzanie i karanie, czas, jaki rodzice mogą (i chcą) poświęcać na wy- chowanie dzieci oraz to, co przez wychowanie sami -rozumieją, — osobiste cechy i walory rodziców, a także ich doświadczenia wyniesione z własnego dzieciństwa i wczesnej młodości. To niektóre tylko czynniki. Analizując najogólniej system wychowania w rodzinie po drugiej wojnie światowej można powiedzieć, że charakteryzowała go zmienność koncepcji. Przez pewien okres był modny tak zwany kumplowski układ stosunków między rodzicami i dziećmi. Dość szybko sprzykrzyło się to zarówno wychowującym, jak i wychowywanym (tym ostatnim jeszcze bardziej). Nie trzeba tłumaczyć, że dorośli wypadali w roli „kumpli" śmiesznie, niekiedy wręcz żenująco. W ogóle kumplostwo jako takie ma w sobie coś wulgarnego i prymitywnego. Nawet w stosunkach między dorosłymi już dziećmi i ich rodzicami, przy bardzo silnym zżyciu, doskonałym wzajemnym zrozumieniu i dużej swobodzie w sposobie bycia są zupełnie nieuchwytne bariery, wynikające z różnicy wieku oraz charakteru łączących więzi. Koncepcja „kumplowskiego" układu stosunków między rodzicami i dziećmi zrodziła się prawdopodobnie z dążenia do zmniejszenia dystansu, do zbliżenia dwóch pokoleń. Ale nie dała ona oczekiwanych rezultatów. Tylko na pozór wszystko było pięknie, nowocześnie, „fajnie". Z kłopotami i trudnościami mały człowiek zostawał sam („kumple" bardziej nadają się do spędzania paru wolnych godzin, aniżeli do jakiejś poważniejszej rozmowy — tu już szuka się przyjaciół). Przedstawiona koncepcja „unowocześnienia" wychowania w rodzinie poniosła fiasko. Z informacji prasowej dowiedzieliśmy się nie tak dawno (1975 r.) o „powracającej fali" kultu dla dyscypliny jako środka pomocniczego w wychowaniu. W korespondencji z Paryża „Trybuna Ludu" podała, że ten znany od wieków „instrument" wychowawczego oddziaływania cieszy się w społeczeństwie francuskim dużą popularnością. Podobno mieszkańcy mniejszych miast i wsi zakupują rocznie 200 tysięcy tego rodzaju przyrządów. Równocześnie jednak wzrasta we Francji zjawisko szukania pomocy u psychologów, nawet w przypadkach drobnych niepowodzeń czy trudności dziecka. Nasilają się obawy, aby nie wyniosło ono z dzieciństwa urazów itp.1 Z artykułu nie wynika, czy jest mowa o różnych środowiskach społecznych, które stosują odmienne metody wychowawcze, czy o całym społeczeństwie. Toteż nie wiemy, czy we Francji można wyodrębnić dwie różne kategorie dzieci („bite" i „leczone"), czy też te same dzieci poddawane są na przemian dwojakim zabiegom (raz dyscyplina, to znów wizyta u psychologa). Po zapoznaniu się" z treścią takiej notatki rozsądny czytelnik może jedynie stwierdzić z ubolewaniem, że być obecnie dzieckiem, wcale nie jest takie łatwe. Była mowa o tym, że samodoskonalenie sprzyja odczuwaniu zadowolenia z życia. Chodziło nam nie tylko 0 wyeksponowanie jeszcze jednego ważnego problemu. Sprawa ma szersze aspekty, dotyczy zarówno starszego pokolenia, jak i najmłodszych członków społeczeństwa; ma również poważny wpływ na rozważany uprzednio system wychowania w rodzinie oraz kontakt wychowawczy. Należy zacząć od tego, że rzecz jest w ogóle mało popularna bez względu na to, jakiego użyjemy słowa — samodoskonalenie czy dążenie do perfekcjonizmu (wyraz często używany w literaturze pedagogicznej). W dobie orientacji przede wszystkim na sukces, karierę, tak zwane dojście do czegoś, doskonalenie nabrało innego znaczenia. Pojęcie praca nad sobą kojarzy się niemal wyłącznie ze zdobywaniem wykształcenia, zawodowych kwalifikacji, stanowiska, prestiżu. W tej pogoni za czymś, co uważane jest za jedynie konkretne, wymierne brak miejsca na troskę o rzecz bardzo ważną — na kulturę osobistą człowieka. A przecież często narzekamy na jej brak u innych ludzi. Rozmowy na temat nieprawidłowych postaw i złych stosunków międzyludzkich na przykład w miejscu pracy to stały punkt każdego spotkania towarzyskiego, rodzinnego. W niczym nie zmienia to stanu rzeczy, bowiem „metodą dyskusji" nie da się nadrobić braków w ogólnym poziomie moralnym i kulturalnym jednostek czy całych grup. 1 Dyscyplina znów modna. „Trybuna Ludu" nr 166, z 19— —20.VII.1975. i Czego właściwie chcemy narzekając na innych ludzi? Toż przecież już starożytni Rzymianie rozwiązali problem współżycia ludzi twierdząc, że: „Homo homini lupus est" („człowiek jest człowiekowi wilkiem"). Widocznie jednak nie zadowalają nas starożytne maksymy, a świadomość ciągle zagrożonej równowagi psychicznej dokucza i rodzi niepokój. Arabski aforyzm głosi: ,;Zmęczenie jest ruiną dla ciała, niepokój kosą dla duszy". Otóż ten niepokój wynikający z uświadamianego zagrożenia daje nam się bardzo we znaki i zdecydowanie dominuje nad odczuwaną radością z sukcesów, powodzeń. Dyskusje nad dehumanizacją życia niczego nie zmieniają, ponieważ to my sami tworzymy określone sytuacje. Najjaskrawiej uwidacznia się to w życiu rodzinnym. Stawiając przede wszystkim na „oprawę" życia i role, jakie odgrywa się lub może się odgrywać w społeczeństwie, popadamy jako wychowawcy w sytuację, którą Ignacy Krasicki dwa wieki wcześniej określił dowcipnie: „Niósł ślepy kulawego, dobrze im się działo". Tylko nam nie dzieje się zbyt dobrze i to wcale nie w tej często najważniejszej dla nas sferze życia. Można wątpić, czy dobrze będzie się działo także naszym dzieciom, jeżeli przyjdzie im żyć w bardziej jeszcze cywilizowanej, ale mimo wszystko — dżungli.
OBIEKTYWNE UWARUNKOWANIA SZCZĘŚCIA DZIECKA W RODZINIE
POJĘCIE SYSTEMU WYCHOWANIA W RODZINIE Działania rodziny sprzyjające pomyślnemu rozwojowi dziecka i jego dobremu przygotowaniu do życia wymagają przemyślanego systemu wychowania. Jest to określenie często używane przy podejmowaniu problematyki pedagogicznej. Mówi się o systemie wychowania w szkole, instytucjach pozaszkolnych, organizacjach dziecięcych i młodzieżowych, a także o systemie wychowania i jego organizacji w szerokiej skali całego społeczeństwa. Wyraz system w szerszym ujęciu oznacza określony zespół założeń idealizacyjnych (wzorów), norm i zasad organizacyjnych, przyjętych jako obowiązujące w pewnej dziedzinie. Aby jakiś system funkcjonował sprawnie, zapewniał realizację założonych celów i zadań, wszystkie elementy jego wewnętrznej i zewnętrznej struktury muszą być spójne, logicznie ze sobą powiązane. Przez system wychowania w rodzinie rozumieć należy zgodną z podstawowymi celami i zadaniami wychowania oraz z podstawowymi zasadami oddziaływań wychowawczych, uporządkowaną, w e w -nętrznie spójną strukturę całokształtu działań pedagogicznych rodziców. Ze sformułowanej definicji wynika, że przy organizowaniu procesu wychowania w rodzinie konieczne jest przede wszystkim uwzględnianie celów i zadań oraz zasad warunkujących osiąganie pożądanych rezultatów.
POSTAWY RODZICÓW WOBEC DZIECI
CZY ZAWSZE SZCZĘŚCIE DZIECKA JEST DLA RODZICÓW NAJWAŻNIEJSZE? Z analizy sytuacji rodzinnych wynika, że o warunkach, w jakich przebiega proces wychowania młodego pokolenia w rodzinie, decydują czynniki o charakterze zdecydowanie subiektywnym. Często nie wzgląd na rzeczywiste dobro dziecka określa sposób organizowania mu życia i wychowania oraz sposób postępowania z nim, nie kompetencje i działania zracjonalizowane, a motywacje bardzo osobiste. W rezultacie wychowanie dziecka nabiera charakteru spontanicznej działalności rodziców, podporządkowanej ich własnym pragnieniom i wyobrażeniom, o tym, co dobre, a co złe. Na subiektywne uwarunkowania szczęścia dziecka w rodzinie składa się szereg czynników, ale ujmując rzecz najogólniej można stwierdzić, że rolę decydującą odgrywają wyobrażenia o tym, co w przekonaniu rodziców powinno je czynić szczęśliwym. Zjawisko, chociaż ogólnie znane, ponieważ jest dostępne potocznej obserwacji, z wielu względów wymagałoby jeszcze dokładnego przebadania. Przemawia za tym zarówno jego bardzo szeroki zasięg społeczny, jak i siła przekonania rodziców o słuszności odwoływania się w procesie wychowania dzieci do własnych punktów widzenia, własnych sądów i stanowisk. Wyrazem tego jest twierdzenie, że rodzina zawsze starała się kształtować dziecko według własnych poglądów i dążeń. Nie bierzemy pod uwagę silnego na przestrzeni dziejów zdeterminowania rodziny przynależnością do określonej klasy czy warstwy społecznej, która wyznaczała charakter i granice jej oddziaływania na dzieci. Kompetencje rodziny w zakresie organizowania procesu wychowania nigdy nie były tak rozległe, jak obecnie, w warunkach pełnej demokratyzacji stosunków społecznych. To, co w przeszłości można by nazwać „swobodą" rodziny, dotyczyło wyłącznie działań wychowawczych w obrębie własnej sfery (klasa, warstwa społeczna). Jeżeli wiązano z dzieckiem większe aspiracje, trzeba było uwzględniać w wychowaniu ele- menty umożliwiające mu awans społeczny (przejście o szczebel wyżej w ogólnej strukturze społecznej). Młodszemu pokoleniu rodziców obce są historyczno--społeczne determinanty rodzinnej rzeczywistości, ponieważ radykalnej zmianie uległy warunki życia społecznego w makroskali. Pozostało jednak przekonanie, że rodzice posiadają najlepsze wyczucie i najpełniej rozwiniętą świadomość tego, co dla dziecka jest dobre. Inny rozpowszechniony pogląd, także budzący poważne zastrzeżenia, wyraża się w tym, że „rodzice pragną przede wszystkim szczęścia dziecka" lub że „szczęście dziecka jest dla rodziców najważniejsze". Pragnienie szczęścia dziecka, różnie zresztą interpretowanego, o czym była mowa, stanowi element postaw rodzicielskich wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z zaangażowaniem dorosłych w wychowanie potomstwa. Są jednak rodzice, którzy rezygnują dobrowolnie z opieki nad dzieckiem, są też tacy, którzy znęcają się nad nim, demoralizują je lub porzucają. Nie będziemy przytaczać danych statystycznych, ponieważ i tak nie oddają one w pełni rzeczywistych sytuacji zagrażających rozwojowi dzieci i młodzieży. Nie wszystkie przypadki można w porę uchwycić i zarejestrować. Nie zawsze czynnik społeczny jest w stanie dotrzeć tam, gdzie dziecku dzieje się bezsporna krzywda. Wobec niezbitych faktów zaniedbań uogólniona opinia o rzekomym powszechnym zaangażowaniu uczuciowym rodziców w sprawy dziecka brzmi jak frazes bez pokrycia, niebezpieczny, bo stwarzający pozory prawidłowego przebiegu czegoś bardzo ważnego, co faktycznie ulega niekiedy zaburzeniu. Posługiwanie się sformułowaniami, których pozytywny wyraz jest niejako z góry założony, ma w praktyce wychowawczej liczne, negatywne konsekwencje. Subiektywne uwarunkowania szczęścia dziecka w rodzinie tkwią przede wszystkim w czynnikach emocjonalnych, do których zaliczyć należy: uczucie, jakim rodzice darzą dziecko i wszystkie wynikające z tego skutki, względy natury ambicjonalnej, chęć skompensowania przez dziecko własnych nie zaspokojonych pragnień, ambicji i aspiracji. Subiektywna wizja szczęścia dziecka, wynikająca z przesłanek emocjonalnych, nie zawiera w sobie czynnika racjonalnego, toteż o błędy i nieprawidłowości w wychowaniu rodzinnym bardzo łatwo. Łatwo również o kontrowersje, a nawet konflikty między samymi rodzicami i rodzicami a dziadkami. Zdarza się, że w rodzinie jest tyle koncepcji zapewnienia dziecku szczęścia, ile osób dorosłych zamieszkuje pod jednym dachem lub blisko siebie. Prawidłowy emocjonalny stosunek do dziecka wyraża się, mówiąc najogólniej, w zachowaniu równowagi między uczuciem i rozsądkiem. Z takiego założenia wynika postulat „mądrej miłości". Nie może być szczęśliwego dzieciństwa bez świadomości, że dorośli z najbliższego otoczenia darzą uczuciem (kochają). Uczucie okazywane w nadmiarze, zbyt żywiołowo, spontanicznie zakłóca proces wychowania, a dziecku stwarza sytuację nadmiernego obciążenia psychicznego. Wszyscy odczuwamy potrzebę „bycia kochanym", jednak nadmiar przejawów tego męczy, ogranicza swobodę, rodzi wewnętrzny sprzeciw.
RÓŻNE SPOSOBY WYRAŻANIA UCZUCIA I ICH KONSEKWENCJE
Więzi uczuciowej między rodzicami i dziećmi poświęcono wiele publikacji. Znana jest rola rodziny w zaspokajaniu tych potrzeb psychicznych, które wymagają bliskości i dobrego emocjonalnego klimatu. Toteż możemy sobie pozwolić na nieco odmienne ujęcie zagadnienia. Jako przedmiot rozważań przyjmiemy nie to, że więź uczuciowa jest konieczna, ale różne sposoby wyrażania uczucia do dziecka i wynikające z nich konsekwencje. Oto najczęściej rejestrowane w badaniach nad funkcjonowaniem rodziny warianty uczuciowego stosunku do dzieci: -—nadmierna koncentracja uczuciowa: sprzyja ona kształtowaniu się postawy chorobliwej opiekuńczości, przewrażliwienia na punkcie dziecka, zbędnego chronienia go, oszczędzania, gotowości do poświę-
Szczęście dziecka
cania się, braku troski o zachowanie równowagi między prawami i obowiązkami dziecka. Ujemne efekty postawy rodzicielskiej charakteryzującej się wymienionymi cechami są następujące: samodzielność dziecka i jego dojrzałość społeczna (bardzo ważne elementy tzw. dojrzałości szkolnej ucznia, podejmującego naukę w I kl.) nie rozwijają się w stopniu dostatecznym. Liczne przykłady pochodzą z badań nad dziećmi uczęszczającymi do przedszkola. Już w tym okresie (3—6 rok życia) uwidoczniają się błędy lub niedostatki w wychowaniu rodzinnym, obserwuje się znacznie powolniejszy, niekiedy poważnie zahamowany proces rozwoju dziecka także we wszystkich innych dziedzinach: ma ono wyraźnie zaniżone wyobrażenia o swoich możliwościach, jest onieśmielone, szybko przejawia objawy zmęczenia i znudzenia, niechętnie zabiera głos, niechętnie angażuje się w prace, które trzeba wykonać samemu, przejawia brak zdolności organizatorskich, brak wyobraźni, nie umie nawiązywać kontaktów z rówieśnikami, nie potrafi z nimi współdziałać, dziecko odsuwane od współudziału w pracach na rzecz rodziny, szerszego otoczenia („oszczędzane") nie nabywa niezbędnych w późniejszym życiu umiejętności, przyjmuje postawę oczekiwania na świadczenia innych, utwierdza się w przekonaniu, że otoczenie ma wobec niego liczne obowiązki, natomiast samo nie odczuwa potrzeby robienia czegoś dla innych, w miarę dorastania coraz silniej rozwijają się u niego dyspozycje do „brania" i „korzystania". Nazywamy to postawą konsumpcyjną, tak często obecnie zarzucaną młodzieży przez starsze pokolenie. Nie uwzględnia się przy tym faktu, iż nie stanowi ona elementu wyposażenia biologicznego, lecz jest produktem określonych sytuacji i oddziaływań, w jakich przebiegał proces rozwoju i wychowania. Nie wymieniliśmy wszystkich przejawów nadmiernej koncentracji uczuciowej na dziecku, ani też wszystkich jej ujemnych skutków. Jest to temat bardzo obszerny i sam w sobie mógłby stanowić przedmiot szerokiej analizy. W niniejszej książce ujęty został fragmentarycznie, przede wszystkim dla wykazania, że brak umiaru i rozwagi w okazywaniu dziecku uczucia może stać się źródłem wielu napotykanych przez nie trudności, wielu przykrych przeżyć, a także niepowodzeń w okresie dorosłości i samodzielnego kierowania własnym losem; — wyolbrzymione, błędnie interpretowane poczucie odpowiedzialności za dziecko: taką postawę rodzicielską charakteryzuje stwarzanie wokół dziecka atmosfery ustawicznego czuwania nad nim, maksymalne ograniczanie jego swobody, rozbudowany system zakazów, brak zaufania, uciążliwe kontrolowanie wszystkiego, co robi, wtrącanie się do najdrobniejszych nawet spraw dziecka, ciągłe pouczanie i przestrzeganie. Przesadne i fałszywie interpretowane poczucie odpowiedzialności za dziecko przyczynia się do powstawania sytuacji, tworzenie których absolutnie nie mieści się w intencjach rodziców. I tak: u dziecka wcześnie wykształcają się mechanizmy obronne w postaci kłamstwa i coraz staranniejszego ukrywania przed rodzicami swoich problemów, nadmierna kuratela i rozbudowany system zakazów rodzą sprzeciw, a niekiedy są przyczyną drastycznych form buntu, dziecko coraz bardziej zamyka się w sobie, unika kontaktów z rodzicami, poczucie więzi z domem ulega silnemu rozluźnieniu, postawa wychowawcza dorosłych oraz stosowane metody oddziaływania na dziecko mogą być źródłem różnych wypaczeń natury charakterologicznej, na przykład przejmuje się od rodziców takie cechy jak podejrzliwość, nieufność, złośliwość, despotyzm, młodzież z takich rodzin zatraca poczucie własnej wartości, staje się podatna na wszelkie wpływy albo stara się jak najszybciej opuścić dom rodziców; nieuwzględnianie zachodzącego procesu wzrostu dziecka. Ujmując problem najogólniej chodzi tu o zjawisko infantylizacji procesu wychowania, wynikające z przekonania, że dziecko ciągle jest małe, bezradne i bezbronne, wymaga opieki i pomocy. Nie bierze się pod uwagę tego, iż w miarę upływu lat jego możliwości wzrastają i zadaniem wychowania jest jak największe wspomaganie owego wzrostu, rozwijanie u dziecka zaradności, samodzielności, poczucia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo, własne postępowanie. Formalne wyrazy dorosłości (otrzymanie dowodu osobistego, ukończenie szkoły przygotowującej do wykonywania jakiegoś zawodu itp.) mogą mieć znikome znaczenie w życiu młodego człowieka, jeżeli nie był on stopniowo przygotowywany do kierowania sobą, podejmowania różnych decyzji i wykonywania zadań. Młody człowiek, jeżeli nie potrafi wyzwolić się psychicznie z ciążącej na nim atmosfery „dziecięcości", musi pokonać wiele trudności na początku swojej samodzielnej drogi życiowej. Długo będzie się czuł jakiś niepełny, niekompletny, pozbawiony czegoś bardzo istotnego, a równocześnie trudnego do określenia, uchwycenia, zdefiniowania. Mówi się często, że obecnie dzieci są bardziej samodzielne. Ale bardziej od kogo i w jakim sensie? Wreszcie dzieci w jakim wieku? Te najmniejsze? Rzecz warta rozważenia, ponieważ wiele się tu nagromadziło nieporozumień i niejasności. Samodzielność utożsamia się niekiedy z samowolą, co stanowi wyraz pomieszania pojęć. Samodzielność przejawiającą się w formie zajmowania stanowiska w różnych sprawach uważa się za coś niewłaściwego, przedwczesnego. Okres przechodzenia od dzieciństwa do dorosłości ogromnie się niekiedy wydłuża. O tym, kiedy się właściwie przestaje mieć wątpliwości co do tego, że dziecko nie jest już dzieckiem, decyduje w każdym przypadku postawa rodzicielska, tak zwany zdrowy rozsądek dorosłych, wreszcie cały system wychowania w rodzinie — wspomagający rozwój dziecka lub z różnych przyczyn hamujący go. Tak jak przedszkole traktowane jest przez niektórych rodzieów jako „przechowalnia" dzieci, tak również traktuje się często szkoły do wyższej uczelni włącznie, chociaż w wielu przypadkach słuszniejsze i korzystniejsze byłoby przyjęcie innego wariantu — podjęcie pracy i ewentualne kontynuowanie nauki, niekoniecznie na poziomie wyższym. Poruszyliśmy sprawę złożoną i trudną. Wykracza ona częściowo poza problematykę pedagogiczną, jednak jest z nią ściśle związana. W niektórych środowiskach wcześniejsze rozpoczęcie przez dziecko pracy zarobkowej, często uzasadnione wieloma wzglądami (np. brak większych uzdolnień; brak określonych zainteresowań, które mogłyby właściwie ukierunkować dalszą naukę, wybór zawodu; chęć wcześniejszego usamodzielnienia się — tak nam to trudno zrozumieć, zwłaszcza gdy rodziców stać na kształcenie dziecka) uważane jest za porażkę, załamanie się „życiowych planów", dyskwalifikację młodego człowieka, a w pewnym sensie także rodziców. Fakt ten w większym lub mniejszym stopniu przeżywają wszyscy w rodzinie. Stwierdzenie, że ktoś się „uczy", oznacza prawidłowy bieg spraw, do 18—20-latka pracującego trzeba zaraz dodawać różne komentarze, uzasadnienia itp. Boimy się „zmarnowania" życia dziecka, nie dostrzegając, że nie zależy to wyłącznie od tego, przez ile lat będzie się ono kształciło. Człowiek sprawdza się przede wszystkim w tych sytuacjach, kiedy może pokazać, co i jak potrafi robić. Jeżeli próbuje swoich sił zbyt późno, większych rezultatów może nie osiągnąć. Rodzice obecnych dwudziestoparolatków na ogół inaczej zaczynali swoje dorosłe życie i chociaż mają w tej mierze bogate doświadczenia, chociaż wiedzą, co się w życiu naprawdę liczy, dla własnych dzieci tworzą zupełnie inną koncepcję. Jej podstawowy mankament stanowi iluzoryczność założeń, brak wewnętrznej konsekwencji, a często i logiki. W środowiskach mniej wyedukowanych dorośli nie są tak podatni na „mity", tytuły, pozory czegoś „lepszego". Patrzą na życie realniej, także realniej planują przyszłość dziecka. Ale już ich bardziej wykształcone dzieci zajmują często inną postawę, łatwiej ulegają snobizmowi, a niekiedy tym snobizmem wręcz szokują. Wykształcenie ma niewątpliwy wpływ na wzrost osobistych ambicji i aspiracji, czy jednak zawsze są to ambicje i aspiracje właściwie pojęte, zdrowe? Czy dzieci nie płacą za to zbyt wysokiej ceny? Do sprawy wrócimy jeszcze nieco dalej. Młody człowiek, aby w swoich nowych rolach czuł się pewnie, bezpiecznie, aby w ogóle był zdolny do podejmowania wielorakich społecznych obowiązków, musi mieć świadomość własnej dojrzałości, a także świa- domość tego, że ta dojrzałość jest przez otoczenie akceptowana, zwłaszcza przez osoby najbliższe. Są to podstawowe warunki możliwości wykazania się inicjatywą, działania w sposób świadomy, przemyślany, odpowiedzialny; tylko wówczas zawodowe i społeczne zaangażowanie może mieć charakter autentyczny. Takiej postawy oczekujemy od młodzieży, jednak wadliwy system wychowania może stanowić poważną przeszkodę w jej ukształtowaniu się. Równie szkodliwe jest lekceważące traktowanie młodych ludzi, okazywanie im braku zaufania, wymawianie braku doświadczenia, które zawsze kojarzy nam się przede wszystkim z wiekiem. Niemcy mają na takie sytuacje trafne określenie: „Wiek nie chroni przed głupotą, broda mędrcem nie czyni" („Alter schiitzt vor Torheit nicht"). „Wchodzenie w dorosłość" to przeważnie również okres, w którym dziecko lepiej lub gorzej organizuje własne życie prywatne (tzn. zakłada rodzinę). Infantyliza-cja w stosunkach między rodzicami i dorastającymi dziećmi stanowi źródło wielu konfliktów i na tej płaszczyźnie. Rodzą je próby sterowania życiem dorosłego dziecka, ingerowania w nie. Omówiliśmy trzy najczęściej występujące warianty uczuciowego stosunku do dziecka. Ich wyodrębnienie wydaje się w pełni uzasadnione. Konsekwencje wychowawcze popełnianych błędów są zbyt poważne, aby można było je pominąć przy rozważaniu szczęścia dziecka. Nie są to jednak wszystkie sprawy zasługujące na wydobycie i podkreślenie. Sposobów „uszczęśliwiania" dziecka według subiektywnych kryteriów oceny obserwuje się wiele. Niektóre mieszczą się w podanej klasyfikacji postaw, inne bliższe są motywacjom natury ambicjonalnej lub też wchodzą w zakres zupełnie odmiennych uwarunkowań. Ogólnie można powiedzieć, że brak umiaru w sposobie wyrażania uczuć stanowi bogate źródło błędów i nieprawidłowości w wychowaniu rodzinnym. Do najbardziej niepokojących z tego punktu widzenia należą: — brak przemyślanej koncepcji czy linii postępowania wychowawczego z dzieckiem: wynika z tego rażący brak konsekwencji, miotanie się od nadmiernej pobłażliwości i ustępstw do przesadnej surowości, a na- wet drastycznych form reagowania na zachowanie dziecka (stosowanie kar fizycznych pod wpływem zdenerwowania, ubliżanie dziecku, przeklinanie itp.); stwarzanie dziecku uprzywilejowanej sytuacji w rodzinie, wspieranie dziecka w sytuacjach, które wymagają przede wszystkim jego własnych wysiłków i starań (np. tzw. „obstawianie" korepetycjami), „oszczędzanie" dziecka przez wyłączanie go ze świadczeń na rzecz całej rodziny (jest to niezamierzone wychowywanie życiowych kalek, egoistów, małych tyranów). W sytuacji przeciążenia rodziców różnymi obowiązkami ten wyraz uczucia ma charakter szczególnie absurdalny. Absurdalne są również zgłaszane później, gdy dziecko jest już starsze, pretensje, wymawianie tego, co się dla niego robiło i robi, „wyjątkowo dobrych warunków" itp. Umiejętność współdziałania kształtować trzeba w całym procesie wychowania, bez odkładania czegoś na „później", bez liczenia na to, że coś przyjdzie samo. W wychowaniu najlepsze efekty daje prawidłowy układ sytuacji w warunkach naturalnych, bez udziwnień, przedobrzeń. Dziecko wdrożone do pomocy i pracy w domu będzie ją wykonywało jako rzecz oczywistą. Nie tylko pozna pracę, ale zacznie rozumieć różne związane z nią aspekty, a więc to, co tak trudno przekonująco przekazać w formie werbalnej (np. czasochłonność poszczególnych zajęć, wysiłek, jakiego one wymagają, irytującą niekiedy bezsensowność powtarzania tych samych czynności, gdy ktoś inny nie potrafi uszanować włożonej pracy itp.). Dziecko odsuwane od pracy w domu lub włączane do niej okolicznościowo nabiera przekonania, że pewne dziedziny życia rodzinnego są poza zasięgiem jego obowiązków. Zmuszane do współdziałania reaguje niezadowoleniem, wykręca się, protestuje. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jedną sprawę, bardzo istotną z punktu widzenia tematu książki. Przesadne okazywanie uczucia nadmiernie podporządkowuje dziecko rodzicom. Zmarły przed kilku laty polski psychiatra, prof. Antoni Kępiński, w książce pt. Psychopatologia nerwic, omawiając warunki prawidłowego rozwoju psychospołecznego człowieka, mówi o konieczności przerwania w odpowiednim czasie „pępo- winy", jaka łączy dziecko z rodziną. Przy pomocy przenośni A. Kępiński ukazuje negatywne skutki przeciągającego się uzależnienia dziecka od rodziców, objaśnia także, w jakim czasie i dlaczego należy tę zależność rozluźniać. Nie ma to oczywiście' nic wspólnego z rozluźnianiem poczucia więzi z rodziną, którego podstawą jest bliskość psychiczna, wzajemne zrozumienie, poczucie wspólnoty, a nie obezwładnianie zależnością.
Szczęście dziecka
je do pracy nad sobą, można także uniknąć potęgowania pewnych właściwości oraz tworzenia nowych niepożądanych sytuacji. Jeżeli na przykład dziecko skłonne do gwałtownego reagowania jest surowo karane, na ogół zacina się w uporze, zaczyna znajdować upodobanie w drażnieniu dorosłych, zachowuje się w sposób jeszcze bardziej rażący; natomiast dziecko powolne, flegmatyczne, słabo reagujące na bodźce zewnętrzne, jeżeli spotyka się z drwiną ze strony dorosłych, ośmieszaniem, ciągłą dezaprobatą, przejawia coraz więcej zahamowań, staje się jeszcze bardziej nieśmiałe, pozbawione poczucia własnej wartości i pewności siebie. Szersze omówienie istotnych dla człowieka właściwości ma swoje uzasadnienie w podstawowym temacie książki. Nie jest odosobniony pogląd, że czynniki szczęścia tkwią w znacznym stopniu w samym człowieku. Wychowanie powinno go wyposażać w dyspozycje do przeżywania i doznawania stanów pozytywnych, powinno również wykształcić w nim takie cechy i umiejętności, takie postawy, które by sprzyjały szczęśliwemu życiu. A prócz win własnych innego prawdziwego nieszczęścia nie ma — powiedział Adam Mickiewicz. Myśl zawarta w słowach poety zasługuje na uwagę, mimo zbyt skrajnego i jednostronnego ujęcia sprawy. Nie zawsze spadające na człowieka nieszczęście wynika z jego winy. Tym niemniej dochodzimy często do wniosku, że pewne decyzje, sposoby reagowania na określone sytuacje, a także kategorie myślenia wpłynęły zdecydowanie niekorzystnie na koleje naszego losu. Rzecz jasna, że chodzi tu o sprawy ważne, istotne, a nie o większe czy mniejsze błędy, potknięcia, które popełnia każdy i które można jakoś naprawić, względnie z którymi można się pogodzić, chociaż nie zawsze przychodzi to łatwo. Zdarzają się sytuacje zupełnie do nas nie przylegające, nie w naszym „stylu". Takie „zadry psychiczne" nosi w sobie wiele ludzi. Są one szczególnie bolesne wówczas, gdy człowiek ma pełną świadomość, że zawiódł sam siebie. Jednakże świadomość popełnionych błędów, chociaż dokuczliwa i niekiedy żenująca, jest lepsza aniżeli zakłamanie, oszukiwanie się, spychanie czegoś w niepamięć (zabieg niezbyt skuteczny) czy lubowanie się w wyszukiwaniu i podkreślaniu słabostek i błędów innych ludzi dla podbudowania siebie. Człowiekowi posiadającemu świadomość własnej niedoskonałości łatwiej jest być tolerancyjnym wobec otoczenia, łatwiej jest mu je rozumieć, łatwiej powiedzieć za Terencjuszem1: „Homo sum, humani nihil a me alienum puto" („Jestem człowiekiem, nic, co ludzkie, nie jest mi obce"). Takie dyspozycje, konieczne u człowieka dorosłego, rozwijają się u dzieci i młodzieży w prawidłowo przebiegającym procesie wychowania, jeżeli tylko nie wprowadzimy do niego elementów utrudniających nawiązanie kontaktu wychowawczego.
Szczęście dziecka
wzburzonym morzu, czy umiejętność kierowania samochodem" ł. Socjalizacja, historycznie rzecz biorąc, jest zjawiskiem wcześniejszym od wychowania realizowanego w ramach działalności specjalnie dla tych celów powołanych instytucji, głównie szkoły. Od zarania dziejów człowieka przygotowanie do życia młodego pokolenia było warunkiem zapewnienia ciągłości biologicznej danego społeczeństwa (szczepu, plemienia itp.), warunkiem zachowania przez nie własnej odrębności i własnego dorobku (kultura) oraz zabezpieczenia rodowych, szczepowych czy plemiennych interesów. W miarę rozwoju społecznego specjalizowały się coraz bardziej oddziaływania socjalizacyjne i wychowawcze. W obrębie tych dwóch podstawowych nurtów wpływów dokonywał się proces kształtowania człowieka. W przytoczonej definicji socjalizacji J. Szczepańskiego na uwagę zasługują takie wyrazy jak „wprowadza", „uczy", „czyni zdolną" (jednostkę). Są to określenia występujące również w pedagogice. Wskazuje to na ścisłe związki między obu formami oddziaływania. Są jednak także różnice: w socjalizacji więcej zawsze było elementów zachowawczych, silniejsze były akcenty położone na przekaz dotychczasowego dorobku, obyczajów, wzorów życia; wychowanie w większym stopniu nastawione jest na indywidualny rozwój jednostki, na jej przystosowanie do warunków istniejących, ale równocześnie na przygotowanie do uczestnictwa w tworzeniu nowych wartości, w nadawaniu życiu nowego kształtu. Zapewnienie ciągłości kulturowej, pielęgnowanie tradycji to ważny czynnik oddziaływań pedagogicznych, traktowany na równi z innymi zadaniami wychowania. Socjologowie charakteryzując proces społecznego oddziaływania na człowieka nie wprowadzają elementu oceny, wartościowania. Ujmują go ogólnie, wyodrębniając jedynie poszczególne dziedziny wpływów oraz ich ukierunkowanie na coś. Sprawa treści należy do innych nauk. I tak na przykład sposobami wdrażania dziecka w dyscyplinę, rozumieniem jej, konsekwen- 82 1 Tamże, s. 94—95. cjami fałszywych założeń zajmują się: pedagogika, psychologia, medycyna (neuropsychiatria). Podobnie jest z motywacją panowania nad popędami, z zaspokajaniem potrzeb, preferowaniem wartości. W poszczególnych epokach bardzo różnie się te sprawy kształtowały. Zmieniały się wyobrażenia o sensie i celu życia, lansowano różne ideały człowieka, koncepcje jego szczęścia, życiowego powodzenia. Wymieniane w p. 4 przez J. Szczepańskiego sprawności i kwalifikacje zawodowe zdobywa się współcześnie wyłącznie w ramach kształcenia ogólnego i zawodowego organizowanego przez państwo (przez wieki w wielu dziedzinach proces ten dokonywał się na drodze przekazywania umiejętności i doświadczeń z pokolenia na pokolenie w ramach rodziny lub przyuczania do zawodu w demu obcym — u jakiegoś fachowca). Proces socjalizacji nie zawiera więc wyłącznie treści pozytywnych z punktu widzenia indywidualnego rozwoju człowieka, jego zdrowia fizycznego i psychicznego oraz z punktu widzenia potrzeb społecznych. Toteż w idei wychowującego sppłeczeństwa socjalistycznego zawarte jest dążenie do zminimalizowania rozbieżności między treściami i zadaniami wychowania, a tym, co wynika z procesu socjalizacji. Weźmy jako przykład wymienione przez J. Szczepańskiego „wchodzenie w role społeczne". Dla dziecka w wieku szkolnym ważne są role ucznia i kolegi. Szkoła rozwija u swojego wychowanka poczucie obowiązku, uczynność, umiejętność współdziałania, życzliwość. Te cechy ucznia brane są pod uwagę przy ocenianiu jego zachowania. Środowisko pozaszkolne, głównie rodzina, może nie przywiązywać do tych cech wagi lub też może rozwijać (często nieświadomie) egoizm, wyrachowanie, agresywność. W takiej sytuacji dziecko kształtowane jest równocześnie na dwa różne sposoby. Od tego, które wpływy okażą się najsilniejsze, zależą w znacznym stopniu powodzenia szkolne ucznia. On też ponosi konsekwencje wynikające z rozbieżności oddziaływań wychowawczych. Może być i tak, że rodzina uczula dziecko na pewne wartości, a szkoła nie przywiązuje do nich takiej wagi, jaką przywiązywać powinna. Błędy w pracy wychowawczej nauczyciela czy całego grona pedagogicz- nego niewątpliwie także przyczyniają się do powstawania sytuacji nieprawidłowych. Wszędzie tam, gdzie dorośli sami nie przestrzegają podstawowych zasad prawidłowego postępowania wychowawczego, konsekwencje spadają na wychowanka. Konfrontując ważne dla życia całego społeczeństwa postulaty z "ich realizacją, a także to, co zalecamy dzieciom i młodzieży jako obowiązujące formy zachowania z dostrzeganymi wzorami zachowań dorosłych można niekiedy powiedzieć, że stosuje się jak gdyby dwie różne taryfy: ulgową dla starszej części społeczeństwa i wyższą dla młodego pokolenia. Taki sposób ujmowania problemu rodzi z reguły sprzeciw ze strony dorosłych. Pojawiają się różne argumenty usprawiedliwiające i tłumaczące starszych. Zaczyna się eksponować własne starania o zapewnienie dzieciom warunków życia i rozwoju, wysiłek włożony w stworzenie wspólnej egzystencji, zmęczenie... Pojawiają się głosy protestu, że w końcu dorosłym wolno więcej, nie należy porównywać tych, którzy już czegoś dokonali, z tymi, którzy dopiero będą mogli pokazać, na co ich stać. Tam, gdzie dyskusja schodzi na płaszczyznę porównań i wyważania, komu co wolno, a komu nie — dialog urywa się, bowiem nie w tym tkwi istota rzeczy. Inny jest zakres praw i obowiązków dorosłych, a inny dzieci i młodzieży. Natomiast stosunek do wartości przekazywanych w procesie wychowania i socjalizacji nie może być odmienny, jeżeli chcemy, aby młode pokolenie przyjęło je jako własne. Są to sprawy często bardzo złożone, a przykładów sytuacji, w których sami przekreślamy nasze starania i oczekiwania, przytaczać można wiele. W każdym takim przypadku występuje zjawisko odwzorowania zachowań dorosłych bez względu na to, jak często podkreślamy słuszność innego postępowania. Rodzice nie wpoją dziecku szacunku do siebie, jeżeli będą lekceważyli własnych rodziców, jeżeli ich własne stosunki będą nacechowane pogardą, poniżaniem się, dyskwalifikowaniem. Można zmusić dziecko do podporządkowania się, nie jest to jednak równoznaczne z szacunkiem. W miarę dorastania i uniezależnia- nia się od rodziców elementy lekceważenia ich będą pojawiać się coraz częściej i wyraźniej. Nie można wpoić dziecku zasad kulturalnego zachowania nie przestrzegając ich samemu w stosunkach wewnątrzrodzinnych, w kontaktach z innymi ludźmi. Nie rozwiniemy u dziecka takich cech, jak życzliwość, uczynność, gotowość do bezinteresownych świadczeń na -rzecz innych ludzi, jeżeli motywy naszego działania będą miały charakter wyrachowany, a nasz stosunek do otoczenia będzie nieprzyjazny lub wrogi. Dorosłe dziecko swoje wyrachowanie przenosi na ogół również na rodziców. Bywa, że postawa dzieci pod wpływem innych oddziaływań wychowawczych lub też własnej pracy nad sobą, własnych wyborów kształtuje się prawidłowo z moralnego i społecznego punktu widzenia, że stają się one lepsze, bardziej wartościowe od rodziców. Wówczas na ogół rozluźniają się więzi rodzinne, dziecko coraz bardziej oddala się psychicznie od swoich najbliższych, traci z nimi kontakt intelektualny. Wychowanie w rodzinie określa się niekiedy w literaturze jako działalność o charakterze żywiołowym, spontanicznym. W wielu środowiskach rodzinnych tak właśnie przebiega proces kształtowania osobowości dzieci. Przemyślaną koncepcję wychowania zastępują okazjonalne pouczenia lub w przypadku pojawiających się trudności czy kłopotów — moralizowanie, wymierzanie kar itp. Wówczas na ogół nie bierze się pod uwagę tego, że dziecko albo nie umie postępować inaczej, ponieważ nie nauczono go tego, albo w drodze naśladownictwa przejęło ono niepożądane wzory zachowań. Ten drugi aspekt jest często uwzględniany, jednak niemal wyłącznie w kontekście negatywnych oddziaływań rówieśników. Nie bierze się pod uwagę faktu, że dorośli z najbliższego otoczenia mogli odegrać tu znaczącą rolę (taką rolę negatywną odegrali najprawdopodobniej w przypadku owych kolegów dziecka). Dziecko w miarę dorastania rozszerza krąg swoich kontaktów z innymi ludźmi i będzie się stykało z różnymi postawami. Wychowanie w rodzinie powinno je wyposażyć w takie właściwości, aby potrafiło odrzucać wzory negatywne i przeciwstawiać się złu. Z domu powinno się wynosić zasady, które będą ukierunkowywały postępowanie człowieka przez całe życie. Dom powinien wyposażyć w taki kapitał wartości i norm moralnych, który umożliwiłby uniknięcie na początku samodzielnej drogi wielu błędów i nierozważnych czynów. Można nazwać szczęśliwym dorosłego człowieka, który pozytywnie oceniając swoje życie, to czego w nim dokonał, to, jakim był, może powiedzieć: „zawdzięczam to rodzicom" lub „wyniosłem to z domu". Wiele osób dorosłych mogłoby jednak stwiedzić, że właśnie z domu nie wyniosło czegoś bardzo ważnego, istotnego, mimo niewątpliwych starań rodziców, ich troskliwości, uczucia, opieki, zabiegania o wykształcenie, pomocy materialnej. Owym czymś jest zespół właściwości, które stanowią silny trzon osobowości, są jej kośćcem, a w życiu spełniają funkcje tego, co potocznie nazwać można życiowym drogowskazem. Rodzina w naszym kraju bardziej aniżeli kiedykolwiek jest w stanie odegrać poważną i pozytywną rolę w rozwijaniu uzdolnień dziecka, w zdobywaniu przez nie wykształcenia, w kształtowaniu się jego ambicji i aspiracji. Jednakże może w tym wszystkim zabraknąć tak ważnego elementu, jak odwaga i umiejętność bycia człowiekiem w tym najszerszym i najgłębszym humanistycznym tego słowa znaczeniu. W okresie intensywnych przeobrażeń społecznych, przewartościowania niektórych tradycyjnych wartości (np. tzw. dobre urodzenie i majątek jako determinanty uprzywilejowanej pozycji społecznej), w sytuacjach charakterystycznych dla społeczeństw podnoszących swój standard życia w makroskali (w skali całego społeczeństwa) poważne braki w wychowaniu dzieci występują również w środowiskach, do których nie można zastosować pojęcia „patologia". Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest kilkakrotnie już przez nas podkreślana koncentracja uwagi na materialnej stronie egzystencji oraz niski poziom moralny i kulturalny niektórych środowisk rodzinnych. Sprzyja to uaktywnianiu się jednostek posiadających mniej skrupułów, a więcej uzdolnień „praktycznych", więcej sprytu i „zmysłu organizacyjnego" w zakresie zaspokajania własnych potrzeb. Tym zjawiskom towa- rzyszy cofanie się przed presją podobnych osobników tej części społeczeństwa, która przywiązuje wagę także do innych składników życia społecznego, do innych wartości, ale nie znajduje dość siły, żeby się skutecz^ nie przeciwstawiać różnym nieprawidłowościom (drobne oszustwa, tzw. kanciarstwo, nadużywanie stanowisk, protekcje itp.). Obiektywnie trzeba stwierdzić, że nie w każdym przypadku jest to takie łatwe. Kto „nie dołoży" do wymienianych w łazience uszczelek, byle woda nie zalewała jego mieszkania i mieszkania sąsiadów, zajmujących lokal piętro niżej, chociaż wie, że załatwianie tych spraw należy do obowiązków administracji i tylko ona (a nie hydraulik) ma prawo określać wysokość ewentualnych opłat? Kto nie zapłaci po raz drugi za transport mebli, gdy „fachowcy" od dostarczania ich do domu dojdą do wniosku," że na przykład piętro jest „jakieś nie takie", a schody za wąskie i zgłaszają zamiar powrotu z ładunkiem do bazy? W naszych rozważaniach chodzi jednak o coś więcej, aniżeli tylko o diagnozę niektórych zjawisk społecznie niepożądanych. Chodzi nam przede wszystkim o związki, jakie zachodzą między wychowaniem młodego pokolenia a sytuacjami społecznymi, które demoralizują dzieci i młodzież, podważają ich wiarę w najcenniejsze humanistyczne wartości, osłabiają ich własne poczucie godności osobistej. Bez napiętnowania negatywnych zjawisk społecznych, bez ukazywania braków w wychowaniu i ich przyczyn nieprędko zdołamy nadać naszej Reczpospolitej taki kształt stosunków społecznych, aby z pojęciem Polska kojarzyła się uczciwość, rzetelność i fachowość, poczucie godności osobistej. Najpiękniejsze i najbardziej naukowe poematy pedagogiczne niewiele wniosą do zmian w naszej obyczajowości, którą jeszcze teraz można nazwać w pewnych dziedzinach przejściową, ale która może zakorzenić się głębiej i na długo. Nie wystarczy tu działalność środków masowego przekazu, nie wystarczą silne, jednoznaczne akcenty w najważniejszych dokumentach państwowych i przemówieniach przedstawicieli władz państwowych i politycznych. Doskonalenie życia społecznego musi się dokonywać również przez proces wy- chowania młodego pokolenia, a temu musi towarzyszyć głęboki nurt refleksji wychowawców, przede wszystkim zaś rodziców. To ich dzieci będą żyły w stworzonych przez nich warunkach, to one albo przejmą elementy zachowań szkodliwych społecznie, albo same staną się ofiarami tych, którzy takie postawy reprezentują. Dla dobra dziecka trzeba się zdobyć na odwagę przeciwstawiania zjawiskom negatywnym. Trzeba dzieci uczulać na te przejawy życia, ukazując równocześnie ich źródła, społeczną szkodliwość, możliwość przeciwdziałania oraz w gruncie rzeczy ograniczony zasięg zjawisk, mimo siły ich oddziaływania. Przede wszystkim jednak nie należy samemu ich demoralizować. Ta końcowa myśl odnosi się do wszystkich wychowawców — i do rodziców, i do nauczycieli. W interakcjach zachodzących między tymi dwoma środowiskami (rodzina-szkoła) także występują nieprawidłowości, a winę za nie ponoszą obydwie strony. Weźmy przykład dobrze znany: prezenty dla nauczycieli. Wręcza się je w nieco innych warunkach, aniżeli hydraulikom czy „specom" od transportu mebli, ale w zasadzie chodzi o to samo — ktoś przyjmuje określony ekwiwalent za wykonywanie swoich podstawowych obowiązków. Upominki wręczane przez uczniów opuszczających szkołę wieloletnim wychowawcom w dowód wdzięczności, szacunku i sympatii mają inny wymiar i co innego oznaczają. Ale wiemy, że prezenty daje się również bez żadnej poważnej okazji i nie w dowód jakiegoś szczególnego uznania, że kryją się za tym dość jednoznaczne intencje, sprawa ma tak zwany podtekst. Każda tego rodzaju sytuacja godzi w obydwie strony, ponieważ upokarza jedną i drugą. W ramach społecznego współżycia zachodzą różnego rodzaju sprzężenia zwrotne. Zaspokajanie potrzeb i dążeń dużych zbiorowości wiąże się ściśle z naszymi indywidualnymi dążeniami i pragnieniami. Obydwie te dziedziny tak dalece wzajemnie się warunkują, że także w wieku dorosłym wpływ otoczenia na nasze życie odczuwamy nie mniej silnie, jak wówczas, gdy nasza niezależność była ograniczona przez środowiska wychowawcze. Różnie reagujemy, gdy nasz los nie układa się zgodnie z oczekiwaniami. Zabiegiem dość częstym jest przerzucanie całej odpowiedzialności za zaistniałą sytuację na innych. To „ktoś" okazał się nielojalny, niewdzięczny, źle do nas nastawiony itp. Taki stereotyp reagowania na sytuacje z różnych względów dla nas trudne czy nieprzyjemne wykształca się często już we wczesnym dzieciństwie, pod wpływem środowiska rodzinnego. Czy i w jakim stopniu jest to pomocne? Na ile uwalnia człowieka od cierpienia? Doszukiwanie się przyczyn doznawanych niepowodzeń w czynnikach obiektywnych uwalnia człowieka (w jego subiektywnym przekonaniu) od poczucia winy za własne błędy i pomyłki. Równocześnie w wyniku przemieszczenia uwagi na inny przedmiot wzmocnieniu ulegają pretensje do innych ludzi. Wrogi staje się otaczający świat, wrogie zaczyna być samo życie. Z psychicznego punktu widzenia jest to sytuacja trudna i kryje w sobie wiele niebezpieczeństw. Człowiek staje się oparciem sam dla siebie, niczego równocześnie nie zmieniając w swoich postawach, kategoriach myślenia, sposobach reagowania. Przedział między jednostką a otaczającym ją światem zaczyna się pogłębiać, staje się coraz bardziej groźny. Mechanizm wzajemnego lub jednostronnego komplikowania sobie życia jest złożony, a warianty sytuacji i ich uwarunkowań liczne. Można jednak bez większego trudu wyodrębnić najczęściej spotykane źródła postaw społecznie negatywnych, sprzecznych z podstawowymi zasadami socjalistycznej moralności i kultury. Bogatym źródłem postaw o dużej społecznej szkodliwości są kompleksy, zwłaszcza kompleks niższości. Według ogólnie dostępnych źródeł encyklopedycznych jest to odczuwane przez kogoś „poczucie małej wartości, połączone z wygórowanymi ambicjami i pragnieniami, których lęk nie pozwala realizować" 1. Potocznie zwykło się mniemać, że ludzie z kompleksami są nieśmiali, pozbawieni wiary w siebie, zagubieni, „schodzący innym z drogi". Nie dostrzegamy tego, 1 Leksykon PWN, op. cit., s. 543. że występujące u kogoś poczucie małowartościowości może przejawiać się również w postaci agresji, złośliwości, stałego dążenia do pomniejszania ludzi, ośmieszania ich i dyskwalifikowania. Dla otoczenia nie są obojętne konsekwencje wynikające z czyjejś agresywności, nieżyczliwości i ciągłego ośmieszania ludzi. Cechą najbardziej w tym przypadku społecznie szkodliwą i wymagającą zdecydowanego przeciwdziałania jest pogarda dla ludzi. Przez okazywanie jej innym osoba z kompleksem niższości, agresywna, stara się za wszelką cenę podbudować samego siebie, wynieść ponad otoczenie, stworzyć wokół siebie atmosferę swoistej adoracji. Fakt, że sama jest śmieszna, ma mniejsze znaczenie w porównaniu z zagrożeniem, jakie stwarza otoczeniu. W sytuacjach, kiedy kompleks niższości splata się z posiadaniem jakiejś władzy (funkcja, stanowisko, większa lub mniejsza możliwość wywierania wpływu na sytuację innych, na opinię o nich), to zagrożenie ulega spotęgowaniu, stwarza atmosferę napięcia, obciąża psychicznie osoby bardziej wrażliwe, może deprawować (i na ogół deprawuje) jednostki o podobnych właściwościach, ale pozbawione okazji do uzewnętrzniania narastającej potrzeby zachowań agresywnych. Omawiane zjawisko zaczyna mieć coraz szerszy zasięg społeczny, stąd też wiele na ten temat publikacji w naszej prasie codziennej i tygodniowej. Na jedną spośród wielu chcemy zwrócić szczególną uwagę. Był to artykuł Ireneusza Krzemińskiego pt. „Nieżyczliwość", zamieszczony w 12 nr „Polityki" z 1977 r. Autor interpretując zachowania agresywne stwierdza, że „... mają (one) służyć podnoszeniu własnej wartości, wzmocnieniu pozytywnej oceny samego siebie. Ludzie nieżyczliwi i agresywni sami egzystują w ciągłym poczuciu zagrożenia i niepewności, co do swojej rzeczywistej wartości. Dlatego każdy inny człowiek jest dla nich potencjalnie osobnikiem wrogim. Może okazać się lepszy, ważniejszy, mocniejszy...". I. Krzemiński przytacza opinie socjologów, z których wynika, że: „Powszechne w naszym społeczeństwie poczucie zagrożenia, niepewność co do wartości własnej osoby i trudności z samooceną, można wyjaśnić dynamiką przemian społecznych, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Jednym z najistotniejszych elementów tych zmian było bardzo radykalne przemieszczenie się w ramach struktur społecznych całych rzesz ludzi. Awans społeczny, zwłaszcza zachodzący gwałtownie, pociąga za sobą niezmiernie istotne skutki psychologiczne. Niestety, nie wszystkie są pozytywne. Gwałtowna zmiana pozycji społecznej, doznawana zwłaszcza przez osobę dorosłą, psychicznie ukształtowaną, rodzi właśnie ową ambiwalentną, niepewną, niestabilną samoocenę". Wyodrębniona i dość obszernie zinterpretowana została jedna grupa psychicznych uwikłań części społeczeństwa dorosłych w procesy społeczne. Przedstawiony mechanizm zjawiska jest dostępny także potocznej obserwacji. Jednakże nasza struktura społeczna stabilizuje się coraz bardziej i zjawiska dające się wytłumaczyć w ciągu minionych trzydziestu kilku lat nie będą już mogły być objaśniane w sposób identyczny w trzydziestoleciu następnym. Mogą jednak pozostać utrwalone stereotypy zachowań, jeżeli opinia społeczna nie zacznie się temu przeciwstawiać, jeżeli rodzice dla dobra i szczęścia własnych dzieci nie dołożą starań, aby ukształtować ich postawę zgodnie z najbardziej humanistycznymi zasadami współżycia. Trudno stwierdzać autorytatywnie, że rodzice z jakichś względów będą chcieli w sposób świadomy i przemyślany unieszczęśliwiać własne potomstwo. Życie pod wysokim ciśnieniem zagrożenia ze strony otoczenia, pozbawione poczucia bezpieczeństwa i świadomości własnej wartości nie daje żadnej szansy na realizację marzeń o szczęściu, bez względu na to, jak się je interpretuje, natomiast stwarza poważne niebezpieczeństwo dla zdrowia psychicznego człowieka. Młode pokolenie, wrażliwe na wszelkie przejawy zła, niesprawiedliwości i wzajemnej wrogości bardzo źle znosi sytuacje zagrożenia, źle znosi konflikty, różne przejawy „oświeconego kanibalizmu". Do tak drastycznego sformułowania upoważnia nas fakt bezsporny — stajemy się społeczeństwem coraz bardziej wykształconym, o coraz wyższych kwalifikacjach zawodowych, wyższych aspiracjach kulturalnych. Widoczny brak związków między wykształceniem, osiągniętą niejednokrotnie z wielkim nakładem pracy pozycją zawodową dorosłych a ich postawą moralną i społeczną to jedna z przyczyn odrzucania przez młodzież przekazywanych norm etycznych, względnie rozwijania się sceptycyzmu co do ich rzeczywistej roli w życiu społeczeństwa, to także narastająca dezaprobata dla świata, w którym się żyje i którego wartości tak często przy różnych okazjach są im prezentowane. Nie doceniamy znaczenia wzorów osobowych, tworzonych przez ludzi sytuacji i niekiedy widocznych nawet dla dzieci mechanizmów wzajemnego niszczenia się, zwalczania. Nie zawsze przyczyna tego tkwi w szerszych procesach społecznych, w braku stabilności struktur, których jest się częścią, w trudności przystosowania do nowych sytuacji i towarzyszących im zwiększonych wymagań. W cytowanym artykule („Polityka") I. Krzemiński rozpatruje zjawisko nieżyczliwości również w kategorii właściwości narodowej, powołując się przy tym na Stanisława Witkiewicza, który w opublikowanych w 1936 r. Nieumytych duszach pisał: „... odznaczają się Polacy wprost mistrzostwem we wzajemnym i niczym nie uzasadnionym okazywaniu pogardy — mówię: okazywaniu, gdyż w 98 proc. nie mają do tego żadnej przyczyny — ani w swej własnej wyższości (bo ta jest na ogół urojona), ani w niższości swego przeciw-wzgardziciela, którego sztucznie się poniża (przeważnie w myślach swych), aby nim skutecznie pogardzać móc. Bo jedynym prawie i niezawodnym środkiem wywyższenia się w sposób nieistotny jest pogarda dla drugich" ł. Doszukiwanie się przyczyn omawianego zjawiska oraz ustalanie jego historycznych uzasadnień nie należy do tematu książki. Interesuje nas przede wszystkim to, co sami możemy wnieść do społecznej rzeczywistości. Tworzymy nie bez trudności nowy porządek społeczny, świat, w którym żyć mają nasze dzieci i my ponosimy odpowiedzialność zarówno za to, co im przekażemy, jak i za ich przygotowanie do współżycia i współdziałania w skali całego narodu, do tworzenia 1 S. Witkiewicz Nieumyte dusze. Warszawa 1975, s. 283. nowych wartości, nowych norm społecznej moralności i obyczajowości. I. Krzemiński zwraca uwagę na fakt o kapitalnym znaczeniu w procesie wychowania młodego pokolenia. Oto fragment wypowiedzi: „Większość naszych zachowań przebiega wedle wzorców, z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Od małeńkości jesteśmy przyzwyczajani i uczeni właściwych sposobów zachowania i stają się one dla nas automatycznie oczywiste". Wyjaśnienia wymaga tu wyraz „właściwych". Z dalszego toku rozważań wynika, że są one „właściwe" w odczuciu i rozumieniu określonych środowisk i wcale nie muszą być odwzorowaniem zachowań preferowanych jako społecznie korzystne i wartościowe. Autor kończy swój artykuł stwierdzeniem: „Człowiek od małego wyposażony we wzór nieżyczliwego zachowania wobec drugiego człowieka nie będzie w stanie uświadamiać sobie, że ów wpojony wzorzec przeszkadza mu w realizowaniu innych pragnień". Stanowisko to warto omówić szerzej. Zbyt rzadko wiąże się w praktyce wychowawczej rodziny w sposób prawidłowy kształtowanie postawy dziecka wobec świata, innych ludzi z realizacją jego indywidualnych zamierzeń. Rozpowszechnione jest raczej przekonanie, że aby człowiek mógł do czegoś w życiu dojść, musi być „twardy", „bezwzględny", „nieustępliwy" (używamy określeń potocznych zanotowanych w latach 1957— —1966 w trakcie przeprowadzanych z rodzicami wywiadów). Przytoczone określenia korespondują ze znanym powiedzeniem Geothego, że w życiu jest się albo młotem albo kowadłem. Tak alternatywne ujęcie pozycji człowieka w świecie grozi powstawaniem sytuacji zbiorowego zagrożenia. Nie jest to model społeczeństwa zasługujący na lansowanie. W każdym razie nie jest on do pogodzenia z koncepcją społeczeństwa socjalistycznego, którego charakterystykę znajdujemy w Tezach XIII Plenum KC PZPR: „Socjalizm to pierwszy w dziejach ludzkości ustrój, który umożliwia i realizuje harmonijny rozwój materialny i kulturalny społeczeństwa i jednostki, szerokie uczestnictwo w podejmowaniu decyzji społecznych, kształtowanie się nowej kultury i nowej moralności, nowych — opartych na bra- terstwie i przyjaźni stosunków między narodami i między ludźmi. Przemiany te stwarzają możliwości bardziej wszechstronnego rozwoju osobowości ludzkiej, podnoszenie poziomu socjalistycznego sposobu życia" 1. Nie jest to łatwa do realizacji koncepcja życia zbiorowego. Nadal wiele w nim nieprawidłowości, a także zjawisk negatywnych. Zwraca się na to uwagę w podstawowych dokumentach politycznych: „W życiu naszego państwa i narodu dominuje już socjalizm, ale ciągle mamy do przezwyciężenia i w gospodarce, i w świadomości społecznej — pozostałości po dawnym ustroju i zacofaniu, dawne kompleksy, stare struktury myślowe i nawyki. Musimy dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co w naszym życiu jest postępowe, a co zacofane i wsteczne, co powinniśmy rozwijać, a co zwalczać i usuwać" 2. Zwalczanie wszelkich przejawów ludzkiej nieżyczliwości i pogardy dla drugiego człowieka to jedno z naczelnych zadań społeczno-wychowawczych. U podstaw zaspokajania indywidualnych dążeń i aspiracji nie może występować zasada usuwania z drogi ludzi, którzy faktycznie, a częściej tylko pozornie, „z urojenia" wydają się być rywalami; nie jest także do przyjęcia w życiu szerszej zbiorowości dewiza, że osiągnięcie jakiegoś własnego celu usprawiedliwia wszystkie stosowane środki (to, że ktoś ma czworo dzieci lub nadmiernie rozbudzone ambicje przy mniejszych kwalifikacjach stanowi zupełnie prywatną sprawę i nie może być usprawiedliwieniem dla krętactw, karierowiczostwa, traktowania miejsca pracy jako własnego folwarku). Odbicie deformacji charakterologicznych jest wielostronne. Rzutuje ono bardzo niekorzystnie na stosunki z szerszym otoczeniem, psuje harmonię współżycia w układach prywatnych, wytwarza wokół samego człowieka atmosferę niechęci, wrogości, nastawienia na rewanż, lekceważenia, a często także pogardy w pełni uzasadnionej. W przedstawionych warunkach zaspokajanie potrzeb 1 XXX-lecie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tezy KC PZPR XIII Plenum KC PZPR. Warszawa 1974, s. 96—97. * VII Plenum KC PZPR. Podstawowe dokumenty i materiały. Warszawa 1973, s. 46—47. psychicznych człowieka staje się z czasem coraz bardziej utrudnione. Można zaspokoić potrzebę dominacji (górowania nad innymi), ale będzie to tylko dominacja wynikająca z aktualnie posiadanej przewagi i w każdej chwili można ją utracić. Nie towarzyszy jej społeczny szacunek, aprobata, zaufanie innych ludzi. Koncentracja uwagi na utrzymaniu pozycji górowania nad otoczeniem obciąża również psychicznie osobę bezpośrednio zainteresowaną. Poczucie zagrożenia, nieufność w stosunku do otoczenia, potęgująca się drażli-wość na własnym punkcie zakłócają wewnętrzną równowagę człowieka i podkopują jego zdrowie psychiczne. Niekiedy odbijają się również bardzo niekorzystnie na ogólnej kondycji fizycznej. Dążenie do dominacji może być także odbiciem zawyżonej samooceny, czyli mniej lub bardziej uzasadnionego przekonania o własnej wyższości nad otoczeniem. W języku potocznym nazywa się to zarozumiałością, zadufaniem w sobie, mówiąc drastyczniej — bufonadą. Zarozumiałość jest cechą źle widzianą przez otoczenie, dyskwalifikuje jednostkę, ośmiesza ją, natomiast w układach społecznych jest mniej groźna aniżeli agresja towarzysząca kompleksowi niższości. Człowiek zadufany w sobie jest na ogół pozbawiony samokrytycyzmu lub też jego dyspozycje do krytycznej samooceny są znacznie ograniczone. Ponieważ jednak sam nie znajduje się pod ciągłą presją poczucia zagrożenia występujące u niego lekceważenie innych wynika nie tyle z wrogości do ludzi, co z ich bagatelizowania, niedostrzegania. Otoczenie nie składa się w tym przypadku z wrogów, mechanizm selekcji jest prostszy — nie składa się ono po prostu z partnerów, których obecność mogłaby coś oznaczać. W tym tkwi główne źródło konfliktów społecznych, w jakie popadają osoby o zawyżonej samoocenie. Nikt bowiem nie lubi okazywanego mu lekceważenia, nawet jeżeli nie kryją się za nim żadne nieprzyjazne intencje. Zarozumiałość drażni, jest dla otoczenia męcząca, niekiedy utrudnia całkowicie porozumienie się. Nie jest łatwe podejmowanie dyskusji z kimś, kto wie wszystko najlepiej. Przejmowanie negatywnych wzorów zachowań oraz deformacje charakterologiczne przyczyniają się do powstawania sytuacji, w których nie jest możliwa realizacja socjalistycznego sposobu życia; nie jest także możliwe zaspokajanie najistotniejszych z punktu widzenia szczęścia potrzeb człowieka. W wyposażaniu w zasady moralne i kulturalne wzory zachowania większą rolę ma do spełnienia rodzina aniżeli instytucje wychowania planowego. Swoiste sprzężenie zwrotne, jakie zachodzi w relacji rodzina--szkoła, polega między innymi na tym, że niektóre zadania wychowawcze lepiej lub wyłącznie spełnia szkoła, inne należą do rodziny, a szkoła jedynie poszerza i pogłębia proces doskonalenia wychowania. W wymienionym układzie nikt niczego nie może przerzucać na drugiego partnera bez szkody dla dzieci i młodzieży.
UMIEJĘTNOŚĆ OBIEKTYWNEGO OCENIANIA WŁASNYCH OSIĄGNIĘĆ
Znaczenie obiektywnego oceniania własnych osiągnięć wydaje się tak oczywiste, że jego specjalne eksponowanie jest niemal żenujące. A jednak oceniając własne życie częściej porównujemy to, co już mamy, z tym, czego jeszcze nie osiągnęliśmy, aniżeli odwrotnie. Ten sposób myślenia 0 własnym życiu pomniejsza znaczenie dotychczasowych osiągnięć, włożonego w nie wkładu pracy, zaciera korzystne różnice, jakie zachodzą w naszej egzystencji, a tym samym eliminuje istotny czynnik satysfakcji i radości. Tracimy dystans w stosunku do własnego życia, do wartości, jakie ono zawiera, i dóbr, których nam dostarcza. Brak obiektywizmu w ocenianiu własnych osiągnięć, w zachodzących w życiu korzystnych zmianach, koncentracja uwagi na realizacji kolejnych zamierzeń wprawia człowieka w stan napięcia spowodowanego niepokojem o to, czy zdoła zrealizować nowe plany. Niekiedy z tego właśnie powodu wytwarza się wokół człowieka wręcz neurotyczna atmosfera permanentnie realizowanych zamierzeń, których nawet nie można spokojnie ocenić, nie można się nimi nacieszyć, ponieważ jedno zamierzenie goni następne. Przypomina to jedną z bajek Ignacego Krasickiego: Koniom, co jszły przy dyszlu, powtarzał woźnica: „Nie dajcie się uiyprzedzić tym, co są u lica!" Goniły sią pod wieczór, zacząwszy od rana. Wtem jeden z przechodzących rzecze do furmana: „Cóż
UMIEJĘTNOŚĆ „BYCIA" SOBĄ
Mówiąc najogólniej chodzi o to, aby człowiek we wszystkich sytuacjach czy — jak mówią socjologowie — rolach społecznych był naturalny, autentyczny, aby jego sposób zachowania odpowiadał strukturze jego osobowości, był zgodny z jego poglądami, stosunkiem do wartości, jego upodobaniami i zamiłowaniami, aby odpowiadał jego możliwościom i rzeczywistej sytuacji. Do tego trzeba mieć wyrobiony charakter, silne poczucie godności osobistej, wewnętrzną kulturę, poczucie rzeczywistości, samokrytycyzm i chyba również... chociaż trochę poczucia humoru. Wiele osób „gra siebie" w jakiejś niezbyt jasno określonej roli. Coś się sobie dodaje, coś się niepotrzebnie eksponuje (np. własne zalety, umiejętności, wiedzę), powiela się jakieś cudze wzory, oczywiście z różnych względów imponujące. Ta ekwilibrystyka może funkcjonować na przemian: raz „gra się siebie", to znów „gra się kogoś". Niektórzy zadziwiają swoją wieloczę-ściowością: w jednych sytuacjach płaszczą się, wręcz rażą uniżeniem i ugrzecznieniem, w innych zaskakują w roli dyktatorów, kacyków i pewnie boleją nad tym, że minął okres „tyranów". Można tak „grać" bardzo długo — dopóki są widzowie. W starszym wieku o audytorium nieco trudniej. Pozostaje więc rozgoryczenie, zniechęcenie, pretensje do „świata" lub... pisanie pamiętników. Jakie mechanizmy powodują dodawanie sobie czegoś, kreowanie się na kogoś? Rzecz nie jest trudna do wy- jaśnienia, a sam mechanizm prosty, wręcz pospolity. Kompleksy, poczucie mniejszej wartości, drażliwość na własnym punkcie i chorobliwa ambicja, uświadamiane braki, których nie chce się lub nie można usunąć, wreszcie deformacje osobowościowe spowodowane innymi czynnikami (np. ukształtowana w procesie wychowania postawa „lizusa" czy „donosiciela", który ma równoczesną świadomość swojej przewagi nad rówieśnikami) — oto cała tajemnica spektaklu, w jakim uczestniczymy mając do czynienia z „graczami". Przejawy zmanierowania, w którym jest wiele elementów udawania „kogoś", uwidoczniają się dość wyraźnie u nastolatków. Denerwują one dorosłych, .ale niczego się w ten sposób nie wyjaśnia, niczego nie załatwia. Jaskrawe przejawy zmanierowania to alarmujący sygnał, że w samym procesie wychowania popełnione zostały poważne błędy. Trzeba ustalić ich źródła — bez tego korekta jest niemożliwa. Uwagi krytyczne wymagają delikatności, taktu. W okresie „nastu" lat życia młodzież odczuwa silną potrzebę wyrażania siebie, akcentowania swojej indywidualności. Fakt, że na ogół nie wnosi się niczego oryginalnego, przeciwnie — bezkrytycznie powiela się wzory popularne wśród rówieśników nie jest przez młodzież brany pod uwagę. Owa „odrębność" zarysowuje się wyłącznie w relacjach dorośli—młodzież. Konformizm wobec grupy rówieśniczej nie jest uświadamiany. Im mniej młody człowiek ma do wyrażenia, tym bardziej dąży do identyfikacji z kolegami czy młodzieżą w ogóle (wyraz „w ogóle" ma tu charakter umowny; można mówić o grupach wieku czy tak zwanych przedziałach wiekowych, wtedy , wszystkie na przykład 1(3—25-latki traktowane są łącznie, ale w sensie poziomu, uzdolnień, zainteresowań, postaw, ambicji i możliwości jest to populacja bardzo zróżnicowana). Na zadowolenie z całości życia składa się, między innymi, świadomość tego, że człowiek był sobą, że miał poczucie własnej autentyczności i nie musiał tracić energii na naginanie siebie do różnych sytuacji wbrew sobie. Jeżeli w kontekście tematu „szczęście" można mówić o sztuce, to „bycie sobą" jest nią niewątpliwie. Opanowanie jej nie jest łatwe, jeżeli w procesie wychowania nie zadbano o to w stopniu dostatecznym. Należałoby zwrócić uwagę na jeszcze jedną ważną i złożoną sprawę. W celach wychowania zawarte jest przygotowanie młodego pokolenia do podejmowania różnych zadań, a to wiąże się z pełnieniem różnorodnych funkcji, „wchodzeniem" w role właściwe sytuacjom, jakie tworzą dorośli dla realizacji różnorodnych planów, zaspokajania wielorakich społecznych potrzeb. Wokół funkcjonowania w określonych rolach nagromadziło się wiele opinii. Jedną z najbardziej rozpowszechnionych jest twierdzenie, że „role" zmieniają ludzi, jeżeli nie deformują ich. Potwierdza to niekiedy zupełnie potoczna obserwacja życia. Nowe stanowisko czy nowa funkcja, jakiś awans wywołują często tak widoczną i wyraźną zmianę zachowania, że jest to dla otoczenia niemal szokujące. Przyczyny mogą być dwojakie: albo rola wyzwala u człowieka pewne dyspozycje i właściwości dotąd ukryte, niewidoczne albo zmiana wynika z błędnej interpretacji własnej zmienionej sytuacji i przypisywania jej większego znaczenia, aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Niekiedy zbytnią wagę przypisuje się do zewnętrznych atrybutów stanowiska, a obawa przed utratą autorytetu usztywnia i powoduje sztuczność w zachowaniu się. Jakieś znaczenie wydaje się tu mieć także naśladowanie sposobu bycia osób, które z różnych względów imponują. W niektórych przypadkach obydwie przyczyny mogą się ze sobą łączyć, dając wręcz żałosny efekt.
WPŁYW DOŚWIADCZEŃ RODZICÓW NA WYCHOWANIE DZIECI
Na związki, jakie zachodzą między postawami rodziców i wychowaniem dzieci, wskazywaliśmy już kilkakrotnie, jednak sprawa ma tak duże znaczenie, że wyodrębnienie jej w formie podsumowania jest w pełni uzasadnione. Doświadczenia rodziców i ich odbicie w postawach uwidaczniają się w tak wielu dziedzinach, że każda próba klasyfikacji może wydawać się niepełna, zwłaszcza gdy rozważania mają charakter ogólny. Toteż omówimy niektóre tylko sprawy, ważne przede wszystkim z punktu widzenia tematu książki. Na wstępie parę uwag ogólnych. Jeżeli przyjmiemy, że na indywidualne doświadczenia człowieka składa się suma określonych wiadomości zdobytych na podstawie przeżyć i obserwacji, a dotyczących życia, różnych jego przejawów oraz otoczenia społecznego (ludzi), to może wydawać się usprawiedliwione, a nawet oczywiste, że rodzice usiłują je wykorzystać w organizowaniu dzieciom środowiska wychowawczego, w oddziaływaniu na nie. Są jednak również bardzo poważne powody do zastrzeżeń. Wskażemy przynajmniej na niektóre. Indywidualne koleje losu jednostki i jej doświadczenia określa wiele czynników i uwarunkowań obiektywnych i subiektywnych, zamierzonych i nie zamierzonych, sprzyjających lub nie sprzyjających jej rozwojowi i pozytywnej lub negatywnej ocenie przebiegu własnego życia. Wymienione składniki jednostkowej egzystencji tworzą całość bardzo złożoną, często mało spójną wewnętrznie i jedyną w swoim rodzaju, po- nieważ nie daje się ona powtórzyć w formie identycznej wobec zmian, jakie zachodzą w szerszym społecznym tle życia. Indywidualne doświadczenia stanowią niewątpliwie bogate źródło refleksji i mogą być przydatne w życiu z innymi ludźmi, we współżyciu pokoleń jedynie pod warunkiem, że bierze się pod uwagę ową zmienność sytuacji i wynikające z niej konsekwencje oraz właściwości wyznaczające odmienność tych, z którymi wchodzimy w bliski kontakt. Doświadczenie może być bardzo pomocne w działaniu człowieka, jeżeli skłania go do głębszego ujmowania spraw, pomaga mu w lepszym zrozumieniu złożonej struktury zachodzących procesów społecznych i zjawisk społecznych oraz kształtujących się na tym tle nowych potrzeb, dążeń i właściwości ludzi. Doświadczenie traktowane jako suma pewników, które nie podlegają żadnej dyskusji i korektom, a równocześnie wyznaczają postępowanie człowieka, staje się hamulcem jego indywidualnego rozwoju, przyczynia się do popełniania poważnych błędów, zakłóca jego współżycie z otoczeniem, sprzyja powstawaniu sytuacji konfliktowych. Reasumując: doświadczenie może wzbogacać człowieka i może także przyczyniać się do usztywnienia jego kategorii myślenia, zawężenia jego poglądów, może narzucać schematy zachowań. W postawach rodzicielskich, jak wynika z badań, a także z obserwacji życia, dominuje często to drugie zjawisko. Rodzice na podstawie własnych przeżyć i wyciąganych z nich wniosków (z reguły subiektywnych) dochodzą do pewnych przekonań i im starają się podporządkować proces wychowania dzieci. Podamy dla ilustracji kilka wariantów sytuacji. Jeżeli w okresie dzieciństwa czy wczesnej młodości odczuwało się brak czegoś, obecnie uważa się za słuszne zapewnienie tego własnemu dziecku i to na ogół w nadmiarze, ponieważ działa tu nieuświadamiana potrzeba zrekompensowania pośrednio własnych niespełnionych wówczas pragnień. Dotyczy to przede wszystkim materialnej strony warunków życia, różnego rodzaju ułatwień, niekiedy także sytuacji, które umownie nazwiemy „prestiżowymi". Wyrażają się one w przenoszeniu na dziecko i jego pozycję w grupie ró- wieśniczej, koleżeńskiej własnej aktualnej pozycji społecznej, tego, co wynika z zajmowanego stanowiska, posiadanych wpływów. Dziecko czy dorastający nie zdaje sobie na ogół sprawy z tego, jaką krzywdą jest dla niego takie uprzywilejowanie, jaką stratą dla jego indywidualnego rozwoju jest korzystanie z wpływów rodziców, w jak dwuznacznej sytuacji stawia ich życie w cieniu „wielkości" i „ważności" dorosłych z najbliższego otoczenia społecznego. Korzysta ono z udogodnień, niekiedy „taryfy ulgowej", bo jest to łatwe, przyjemne, stawia ponad rówieśnikami. Oczywiście, nie zyskuje mu to uznania w szerokim ich kręgu, toteż szuka sobie podobnych. W oparciu o taki właśnie mechanizm tworzą się różne tak zwane bananowe paczki, młodociane grupy „nadludzi". Niechęć i lekceważenie otoczenia wzmacniają tendencje do wszelkich ekstrawagancji, odwzajemniania się pogardą, czego widocznym wyrazem jest łamanie norm moralnych, obyczajowych, niekiedy również prawnych. Czy w takich sytuacjach winna jest wyłącznie młodzież? Uważamy, że odpowiedzialność za nie spada na dom, ponieważ z niego musiał wyjść impuls ukierunkowujący dziecko tak, a nie inaczej. Wreszcie dom aprobował postawy i zachowania, o których trudno powiedzieć, że są niewidoczne, że wymykają się uwadze i kontroli dorosłych. Odczuwane we wczesnych latach życia braki są przyczyną zaspokajania w nadmiarze materialnych potrzeb dziecka, również tam, gdzie sytuacja rodziców wcale nie jest uprzywilejowana. Tu działa zasada: „myśmy tego nie mieli". Podobne zjawisko występuje w samej koncepcji wychowania. Rodzice wychowywani surowo, w atmosferze chłodu i dystansu, są często nadmiernie pobłażliwi, liberalni, pozwalają na wszystko, nie wprowadzają żadnych niezbędnych dla zdyscyplinowania dziecka i jego społecznej edukacji nakazów i zakazów. „Szczęśliwe dzieciństwo" utożsamia się w takich przypadkach z „wolnością", która zresztą szybko przekształca się w samowolę i staje się źródłem licznych kłopotów i trudności dziecka w środowisku pozarodzinnym. Z czasem dom także zaczyna reagować, ale na ogół dopiero wtedy, gdy dziecko zbytnio dorosłym przeszkadza lub staje się szczególnie kłopotliwe. Rodzice, którzy sami należeli do tak zwanych trudnych dzieci i z perspektywy czasu mogą ocenić konsekwencje różnych własnych „wybryków", wprowadzają do wychowania dzieci nadmiar zakazów i rygorów, są bardzo surowi, nieufni, podejrzliwi. Przenosi się na dziecko własne dawne wady czy braki w wychowaniu i dla jego „dobra" wprowadza się domowy „reżim". Niekiedy w sposób całkowicie bezrefleksyjny przenosi się wzory wychowania wyniesione z domu rodzicielskiego na własną rodzinę. W zmienionych warunkach życia mogą one również nie przylegać do rzeczywistości. Z podanych przykładów wynika, że wprowadzanie do życia rodzinnego elementów, które są niejako odwrotnością własnych doświadczeń lub biernym powielaniem wzorów utrwalonych w świadomości,- nie tylko niczego nie zabezpiecza, ale tworzy nowe trudne sytuacje. Drugim bogatym źródłem doświadczeń rodziców jest okres ich dorosłości i wszystkie towarzyszące mu sytuacje. Doznane zawody i rozczarowania rodzą potrzebę uchronienia przed nimi własnych dzieci. Intencje dobre, ale nie one decydują o jakości procesu wychowania i jego wynikach. Tu liczą się cele wychowania i służące ich realizacji właściwie dobrane środki pedagogicznego oddziaływania na młode pokolenie. W omawianej dziedzinie obserwuje się ogromną różnorodność zjawisk. Mogą one dotyczyć koncepcji życia i stosunku do wartości, mogą dotyczyć spraw bardziej szczegółowych jak stosunek do ludzi, do płci przeciwnej, do takich instytucji jak małżeństwo, rodzina. Jeżeli kogoś różne formy społecznego angażowania się rozczarowały, usiłuje niekiedy skoncentrować całą uwagę dzieci na sprawach wymiernych, konkretnych, dających człowiekowi bezpośrednią korzyść. Tym dążeniom towarzyszy wpajanie instrumentalnego traktowania wszelkich spraw. Mówiąc prościej — liczy się tylko to, z czego jest korzyść osobista. Nie zawsze doświadczenia rodziców wiążą się z rozczarowaniami osobistymi. Może to być również próba przekazywania stosunku do życia ukształtowanego we własnym domu rodzinnym. Od własnych rodziców przejęło się pewien sposób myślenia o życiu i o tym, co się w nim liczy. Osobiste doświadczenia, własny w ciągu wielu lat rozwój indywidualny, edukacja, jakiej było się poddawanym, w niczym nie naruszyły schematu przyjętego w okresie wczesnej młodości. Na specjalną uwagę zasługuje wpływ doświadczeń dorosłych na kształtowanie się u dzieci stosunku do ludzi. Banałem jest stwierdzenie, że są wśród nich wartościowi, uczciwi, a także są ci „inni". Nikt nigdy nie usiłował ująć tych proporcji statystycznie i nie bez przyczyny. Problem nie do rozwiązania od strony metodologicznej. Jednak każdy człowiek ma w tej kwestii własne zdanie, w którym warstwa subiektywizmu jest niewątpliwie duża. Takie doświadczenia, jak już mówiliśmy, wcześnie zdobywają dzieci i młodzież. Dla nich jednak ważna jest sprawa ogólniejsza, mianowicie: jacy są ludzie w ogóle, jak ukształtować do nich swój stosunek, jak z nimi współżyć, aby nie czuć się zagrożonym lub narażonym na rozczarowania. Przed takimi problemami staje każde młode pokolenie. Jeżeli dom stara się wpoić nieufność do ludzi, to albo jest ona przejmowana i deformuje życiową postawę najpierw bardzo młodego człowieka, a potem już dorosłego, albo też jest odrzucana generalnie, co w rezultacie rodzi łatwowierność, nie sprzyja wyrobieniu sobie _ właściwego sądu o ludziach, naraża na pomyłki i rozczarowania, często poważne w konsekwencjach. Każda skrajność jest szkodliwa i nie tylko przed niczym nie chroni, ale już na początku drogi młodego pokolenia wyznacza jednostronny kierunek nastawień. Zadaniem rodziców jest uczenie dzieci rozumienia ludzi i ich obiektywnego oceniania. Za „własną naukę" w tej dziedzinie — a przez taki „kurs" każdy człowiek przechodzi, tylko jedni są przygotowani dobrze, a inni źle — płaci się często bardzo wysoką cenę. Osobiste doświadczenia dorosłych powinny 6tanowić czynnik wzbogacający ich działalność wychowawczą, a nie jednostronnie determinujący. Każde pokolenie żyje w innych warunkach, w kręgu innych problemów, zmieniają się także motywy działania ludzi, ich dążenia i życiowe nastawienia. Ma to duży wpływ na dobre lub złe stosunki międzyludzkie, toteż mechaniczne przenoszenie jakichkolwiek uogólnionych opinii nie ma racji bytu.
WZORY OSOBOWE W WYCHOWANIU
Mówiąc o wzorach osobowych mamy na myśli widoczne dla otoczenia cechy i właściwości dorosłych, określające ich sposób zachowania, stosunek do różnych zjawisk społecznych i różnych wartości, a także sposób oceniania własnego życia i życia innych ludzi. Wszystkie te elementy postaw dorosłych tworzą ekreś-lony model, do którego młode pokolenie może się odwoływać kształtując własną postawę i dokonując wyboru własnej życiowej drogi. Dorośli stwarzają wzory osobowe zarówno w procesie wychowania, jak i w procesie socjalizacji. Te dwa pojęcia, używane coraz częściej przy analizie zjawisk związanych ze społecznym dorastaniem i kształtowaniem postaw młodego pokolenia, wymagają wyjaśnienia. Wychowanie to świadome, planowe kształtowanie jednostki. Ten proces oddziaływania przebiega głównie w ramach stosunku wychowawczego między wychowawcą i wychowankiem, a kierunek oddziaływania określa ideał wychowawczy. Zawarte jest w nim to wszystko, co odpowiada zarówno aktualnym potrzebom społecznym, jak i indywidualnemu rozwojowi oraz przygotowaniu jednostki do życia w społeczeństwie. Przez socjalizację rozumie się tę część „całkowitego wpływu środowiska, która wprowadza jednostkę do udziału w życiu społecznym, uczy ją zachowania' się według przyjętych wzorów, uczy ją rozumienia kultury, czyni ją zdolną do utrzymania się i wykonywania określonych ról społecznych" K W pierwszym wypadku (wychowanie) mamy więc do czynienia z oddziaływaniami, których zasad- 1 J. Szczepański Elementarne pojęcia socjologii. Warsaawa 1970, s. 94. ność określona "jest przez takie czynniki, jak wiedza z zakresu rozwoju i wychowania, cele i zadania, jakie wychowanie powinno realizować; w drugim przypadku (socjalizacja) dominują oddziaływania, które można by określić umownie jako naturalne, ponieważ są one odbiciem sytuacji właściwych dla społecznego otoczenia jednostki. Socjalizacja obejmuje oddziaływania odpowiadające partykularnym interesom grup i warstw społecznych, nie zawsze zgodne z ogólnymi założeniami ideologicz-no-społecznymi, nie zawsze korespondujące z treściami zawartymi w ideale wychowania. Obejmuje ona również oddziaływania będące odzwierciedleniem indywidualnych poglądów, postaw, ambicji i aspiracji osób dorosłych, z którymi styka się młode pokolenie (największą rolę odgrywa tu rodzina — najbliższe otoczenie społeczne). W obrębie oddziaływań socjalizacyjnych występują wpływy ważne z punktu widzenia społecznego i moralnego rozwoju jednostki, a ścisłe rozdzielenie socjalizacji od wychowania jako form wywierania wpływu na dzieci i młodzież jest bardzo trudne, niekiedy wręcz niemożliwe. Jak bardzo się te procesy ze sobą zazębiają, uwidacznia socjologiczna interpretacja funkcji socjalizacji. Podajemy ją za J. Szczepańskim: „1) Socjalizacja (włączając wychowanie) uczy dyscypliny, panowania nad popędami i potrzebami zaspokajania ich w sposób przewidziany w danym społeczeństwie. Uczy panowania nad odruchami i emocjami i zachowania się zgodnego z obyczajem czy korzyścią jednostki. 2) Wpaja ona także aspiracje, czyli dążenia do tego, aby osiągnąć pewne rzeczy czy cechy pożądane, naśladować bohaterów, osiągać zamożność, dążyć do uznania. 3) W toku socjalizacji jednostka przyswaja sobie wiedzę i umiejętność grania ról społecznych [...], tzn. bycia kolegą, uczniem, synem, przyjacielem. Uczy się spełniać w swoim zachowaniu oczekiwania innych i przystosowywać swoje postępowanie do postępowania innych. 4) Socjalizacja daje także sprawności i kwalifikacje zawodowe oraz umiejętności techniczne potrzebne do życia w danej cywilizacji — czy to będzie umiejętność posługiwania się kajakiem na
ZDOLNOŚĆ PRZEZYWANIA RADOŚCI
„Nie depcz po piętach smutkowi, bo może się odwró- cić" — mówi wschodnie przysłowie. Wiele czynników składa się na to, w jakim świetle człowiek odbiera otaczający go świat, czy rysuje mu się on w barwach wyłącznie czarnych lub szarych, czy też widzi jasne strony swojej egzystencji. Optymizm czy pesymizm życiowy ma bardzo istotne znaczenie w omawianej problematyce szczęścia i nie mniej, aniżeli inne poru- szane sprawy, wiąże się z zagadnieniami wychowaw- czymi. Te związki uwidaczniają się w dwóch płasz- czyznach: jedną stanowi sposób kształtowania osobo- wości dzieci w całym systemie oddziaływań, drugą — gromadzone przez nie obserwacje, a także własne do- świadczenia i koleje losu. 117 Dziedziną bardzo zaniedbaną w procesie wychowania jest rozbudzanie i rozwijanie dyspozycji do przeżywania radości, cieszenia się. Ta niezwykle cenna cecha charakteru w ogóle jest mało doceniana. Uważa się często, że optymizm czy pesymizm to nie podlegające żadnym modyfikacjom dyspozycje psychiczne, z którymi człowiek przychodzi na świat. Raz szuka się związków w czynnikach dziedzicznych, to znów łączy się uwarunkowania dziedziczne z ogólną psychofizyczną konstytucją człowieka. Rzadko dostrzegana jest możliwość kształtowania się wymienionych cech w trakcie wychowania, rzadko również bierze się pod uwagę wpływ doświadczeń dziecka na jego stosunek do życia. Niewiele wnosi do praktyki pedagogicznej fakt, że sami dorośli stwierdzają niejednokrotnie, iż kiedyś (czy także) byli optymistami, ale na przykład „życie ich z tego wyleczyło". Podobne stwierdzenia potwierdzają założenie, że postawa wobec świata ludzi ulega modyfikacjom pod wpływem różnych czynników. Jeżeli ulega ona zmianom, to może być również modelowana w sposób korzystny dla ogólnego rozwoju osobowości. Cytowany w pierwszym fragmencie książki Władysław Tatarkiewicz pisze: „Czy człowiek jest szczęśliwy, to zależy nie tylko od tego, co go w życiu spotyka, ale i od tego, jak reaguje na to, co go spotyka. Aby być zadowolonym, nie dość jest mieć majątek, zdrowie czy urodę, lecz trzeba ponadto w nich znajdować upodobanie, a przy pewnym usposobieniu nawet choroba, ubóstwo i brzydota nie odbierają zadowolenia z życia." Przyjmując, że osobowość dziecka kształtuje się przez długi okres czasu i przez różne wpływy, możemy stwierdzić, że również stosunek dziecka do tego, co je spotyka, uwarunkowany jest wieloma czynnikami. Niektóre omówimy nieco szerzej. W wielu środowiskach rodzinnych ceni się u dziecka wyłącznie takie dyspozycje, jak uzdolnienia, inteligencja, ambicja nie doceniając równocześnie znaczenia innych, na przykład zdolności do przywiązywania się do czegoś, wiązania się z czymś emocjonalnie, zamiłowań, 118 osobistych pasji. Zdecydowane preferowanie pierw- szych powoduje u rodziców koncentrację uwagi na rozwijaniu tych właśnie cech. Towarzyszą temu na ogół zaniedbania w innych dziedzinach oddziaływania na osobowość, a nawet błędy wychowawcze. W badaniach spotkaliśmy się z twierdzeniami, że brak dyspozycji do przywiązywania się do czegoś, kochania czegoś czy kogoś może mieć w rezultacie dodatnie znaczenie, ponieważ chroni przed rozczarowaniami, w mniejszym stopniu naraża człowieka na wstrząsy, zwiększa jego dystans wobec otaczającego świata, wobec ludzi, z którymi wchodzi w różnego typu kontakty. Oschłość i umiejętność kalkulowania określane były przez pewną grupę rodziców jako cechy korzystne dla dziecka, jeżeli zważyć, że angażowanie się w sprawy innych ludzi oraz spontaniczność świadczeń na ich rzecz narażają niekiedy na przykrości, komplikują życie, nie zawsze są doceniane przez otoczenie. Rodzice stwierdzali wprawdzie, że wymienione cechy nie wpływają dodatnio na kształtowanie się stosunku młodszego pokolenia do starszych członków rodziny, ale — ich zdaniem — z punktu widzenia interesów dziecka są lepsze. Przedstawiliśmy bardzo swoisty sposób asekuracji dziecka przed ewentualnymi niepowodzeniami czy przykrymi przeżyciami, tym dziwniejszy, że nie ma żadnej pewności co do tego, na ile i w jakim stopniu może on być skuteczny. Nie uwzględnia się tu również faktu, że jednostki najbardziej nawet oschłe, wyrachowane mogą odczuwać — i na ogół odczuwają — potrzebę różnego rodzaju świadczeń ze strony innych ludzi, że ich życiowe oczekiwania zawierają także elementy, których u siebie się nie docenia, ale które ceni się u innych w kontekście własnej osoby, własnych potrzeb. Aby umieć cieszyć się życiem, trzeba w coś wierzyć, trzeba być do czegoś przywiązanym, trzeba coś lubić. W tych płaszczyznach rozważa problem szczęścia jednostki Władysław Tatarkiewicz. I — jego zdaniem — nie jest dla szczęścia człowieka obojętne, w co się wierzy, co się kocha i co się robi. „Od milionów lat kwiaty mają kolce" — to znane powiedzenie Saint Exupery'ego. Emocjonalne wiązanie się z czymkolwiek niewątpliwie zawsze zawiera w sobie element ryzyka, jednakże całkowite wyłączenie zarówno tej dyspozycji, jak i związanych z nią niebezpieczeństw jest nierealne, a ponadto nie jest wcale pożądane. Pokonywanie trudności, możność dokonywania porównań wzbogacają życie człowieka i przy odpowiednich nastawieniach psychicznych sprzyjają intensyfikacji zadowolenia. Mówi się — pół żartem, pół serio — że „nic tak nie podnosi na duchu, jak cudze kłopoty". Znaczy to, że przez porównanie cudzej i własnej sytuacji wzmaga się pozytywna samoocena własnego życia. Nie jest to może zbyt piękna właściwość natury człowieka, ale nie należałoby również przesadzać w jej negatywnym ocenianiu. Wyłączając przypadki, kiedy ktoś odczuwa radość z cudzego nieszczęścia czy niepowodzenia, można powiedzieć, że takie porównania pozwalają nam na pełniejsze uświadamianie sobie tego, co w naszym własnym życiu stanowi wartość, a przez swoją codzienność i przyzwyczajenie do niej straciło swoją ostrość, przestało być źródłem radości, ponieważ rzecz traktujemy jako naturalną, zwyczajną, oczywistą. Własne zdrowie, zdrowie najbliższych zaczynamy doceniać jako wartość samą w sobie nie tylko wtedy, gdy ją utracimy, ale także dostrzegając jej brak u innych ludzi. Zadowolenie z własnego prywatnego życia może ulec wzmocnieniu w zestawieniu z sytuacjami konfliktowymi przeżywanymi przez inne osoby. Czym jest posiadanie własnego domu, mimo takich czy innych w nim braków, uświadamiamy sobie silniej wówczas, gdy z różnych powodów musimy korzystać z cudzej gościnności lub gdy zbyt długo przebywamy poza domem. Przykłady można mnożyć i uzasadnień nie wymagają. Dokonywanie porównań jako jeden z czynników oceny własnego życia stanowi nierozłączny element egzystencji człowieka. Przy deformacjach charakterologicznych może on na tę ocenę wpływać zdecydowanie ujemnie, na przykład gdy czyjaś uwaga koncentruje się wyłącznie na odczuwanych we własnym życiu brakach i cudzych osiągnięciach. Dokonywanie porównań funkcjonuje w aspekcie wielowymiarowym, między innymi w aspekcie własnych 120 doświadczeń lub oczekiwań. Najmniej korzystne dla ogólnego rozwoju dziecka może być połączenie wniosków z własnych złych przeżyć z pragnieniem jego szczęścia w interpretacji bardzo subiektywnej. Wówczas pojawia się najczęściej wymieniana już wcześniej nadmierna skłonność do chronienia dziecka przed przyszłymi niepowodzeniami czy rozczarowaniami. Słuszniejsze wydaje się uodpornianie na trudności oraz rozwijanie takich cech i dyspozycji, które ogólnie rzecz biorąc mogą stanowić czynnik pomagający w organizowaniu własnego życia i współżycia z innymi ludźmi. Umiejętność cieszenia się życiem pozostaje w ścisłym związku z rozwojem emocjonalnym dziecka, z zaspokajaniem w procesie wychowania jego potrzeb psychicznych, a także z racjonalnym zaspokajaniem potrzeb biologicznych i materialnych. W książce kilkakrotnie używaliśmy wyrazu „potrzeba" nie podając jego strony znaczeniowej. Dla lepszego zrozumienia niektórych zawartych w niej myśli lukę tę należałoby uzupełnić. W literaturze można znaleźć szereg definicji potrzeb psychicznych. Oto niektóre spośród nich: J. Reykowski uważa, że potrzeby są „właściwościami osobowości człowieka mającymi charakter wymagań, bez spełnienia których osobowość nie może prawidłowo funkcjonować, rozwijać się, nie może egzystować" 1, K. Zagórski określa potrzeby jako „... stan organizmu wywołujący potencjalną aktywność ukierunkowaną w stronę pewnych wartości, których osiągnięcie prowadzić ma do zapewnienia organizmowi stanu pożądanego zarówno pod względem biologicznym, jak i psychologicznym" 2, K. Obuchowski uważa potrzeby za „... pewne swoiste siły popychające do działania określonego rodzaju" *. Wiadomo, że potrzeby psychiczne stanowią bardzo waż- 1 J. Reykowski Z zagadnień psychologii motywacji. Warszawa 1970. K. Zagórski Psychologiczne aspekty potrzeb ludzkich. „Studia Socjologiczne" nr 2/1966. K. Obuchowski Psychologia dążeń ludzkich. Warszawa 1972. ny mechanizm ludzkiego działania; mechanizm nabywany i kształtowany w toku całego życia człowieka. Wiążą się one ze społecznym tłem życia i ulegają zmianom wraz ze zmienianiem się warunków społecznej egzystencji w poszczególnych epokach. Psychicznymi potrzebami człowieka — ich powstawaniem i funkcjonowaniem, możliwością kształtowania ich, skutkami niezaspokajania — interesują się przede wszystkim takie dyscypliny naukowe jak: psychologia, socjologia, pedagogika, neurologia i psychiatria. W praktyce wychowawczej rodziny ma miejsce kształtowanie potrzeb psychicznych oraz ich zaspokajanie. W tych dwóch płaszczyznach przebiegają procesy decydujące zarówno o jakości, formacie osobowości dziecka, jak i jego zdrowiu psychicznym. Psychologowie podają różne klasyfikacje potrzeb; niektóre są bardzo rozbudowane. Im bogatsza osobowość, tym jednostka odczuwa więcej potrzeb psychicznych. Autorzy w zasadzie zgodni są jednak co do tego, że istnieje pewna grupa tak zwanych potrzeb podstawowych, najważniejszych z punktu widzenia rozwoju osobowości i jej prawidłowego funkcjonowania. Należą do nich: potrzeba bezpieczeństwa, potrzeba kontaktów z innymi ludźmi, potrzeba sensu życia, potrzeby poznawcze. Na zaspokajanie potrzeby bezpieczeństwa zwraca się szczególną uwagę, ponieważ od tego zależą dobre, niezakłócone konfliktami kontakty dziecka z otoczeniem, ze środowiskiem oraz psychiczna odporność, wytrzymałość na nieuniknione w życiu trudności i frustracje. Skoro, jak powiedzieliśmy, trudności czy sytuacje udaremniające zaspokojenie innych potrzeb są nieuniknione — poczucie bezpieczeństwa nigdy nie może być zaspokojone całkowicie. Nie jest to zjawisko dla człowieka niekorzystne — pobudza go do aktywności, może być twórczym bodźcem rozwojowym, pod warunkiem, że potrafi rozumnie kierować swoim życiem, że jest do niego dobrze przygotowany. Potrzeby, nawet najbardziej dla nas ważne, jeżeli 122 są zaspokajane w pełni, regularnie, bez żadnych za- kłóceń ■— zdaniem psychologów — powodują spadek intensywności przeżywania zadowolenia, oddalają od szczęścia (S. Garczyński). Jednakże ów margines niepewności czy odczuwanego zagrożenia nie może być tak duży, żeby zakłócał równowagę między jednostką i środowiskiem, żeby burzył całkowicie jej wewnętrzny spokój. Potrzebę bezpieczeństwa zapewniają dziecku następujące czynniki życia rodzinnego: świadomość więzi uczuciowej z rodzicami, ich troskliwość, serdeczność, akceptacja i szacunek; konsekwentny system wychowania, w wyniku którego sytuacja dziecka jest jasna: wie, czego od niego dorośli oczekują i co wolno mu robić, a czego robić nie powinno; taki układ stosunków między dorosłymi członkami rodziny, zwłaszcza rodzicami, aby dziecko nie przeżywało lęku przed utratą któregoś z nich, utratą domu w pełnym tego słowa znaczeniu; spokojna, pogodna atmosfera domu bez obciążających psychikę napięć, bez wyczuwalnej obcości, która rodzi zniechęcenie i znużenie, bez męczących i irytujących ciągłych narzekań; poczucie, że jest się dorosłym potrzebnym, że można także dla nich coś zrobić, że umie się coraz więcej, jest się lepiej z każdym dniem przygotowanym do dorosłego życia. Potrzebę kontaktu z innymi ludźmi za-spokaja się nie tylko w ramach niezbędnych styczności społecznych (zawodowych, sąsiedzkich, innych) czy stosunków towarzyskich. Każdy odczuwa potrzebę czegoś więcej — bliskości psychicznej z drugim człowiekiem, z której z reguły brakuje w innych układach. W tej płaszczyźnie rodzą się takie uczucia, jak miłość i przyjaźń. W ramach kontaktu z innymi ludźmi zaspokajamy także potrzebę szacunku, uznania, solidarności, wreszcie potrzebę przynależności. Wszystko to daje człowiekowi poczucie bezpieczeństwa oraz zaspokaja jego potrzebę sensu życia. Uważa się, że „... znalezienie sensu własnego życia jest niezbędnym warunkiem normalnego funkcjonowania" K 1 Tamże, s. 244. Zwracaliśmy na tę sprawę uwagę już kilkakrotnie podejmując różne tematy szczegółowe. W tym miejscu chcemy jedynie podkreślić jeszcze raz, że koncepcję życia, jego sens tworzy się sobie samemu; narzucona, nawet najlepsza, zawsze będzie cudza, a więc obca. Znalezieniu sensu życia przypisuje się w ogólnej problematyce potrzeb dominujące znaczenie. Zaspokojenie tej potrzeby nie jest możliwe w atmosferze odczuwanego lęku, poczucia zagrożenia; nie jest również możliwe bez kontaktów z innymi ludźmi. Na tej tak ważnej drodze trudno osiągać same sukcesy, trudno o tak zwane łatwe życie, o ile nie jest ono celem samym w sobie. Wówczas jednak wychodzimy już ze sfery rzeczywistych wartości, a przenosimy się w sferę pseudowartości. Potrzeby poznawcze, jakkolwiek wyodrębniane, stanowią część składową wszystkich potrzeb człowieka. Do potrzeb poznawczych zalicza się potrzebę wiedzy, zrozumienia, samorealizacji, potrzeby estetyczne. Odgrywają one istotną rolę w przystosowaniu jednostki do wymagań, jakie stawia społeczeństwo; prawidłowo rozwijane i zaspokajane sprzyjają nawiązywaniu kontaktów emocjonalnych. Problematyka potrzeb psychicznych wykracza daleko poza to, co poruszone zostało w książce. Ograniczyliśmy się wyłącznie do zasygnalizowania niektórych tylko kwestii. Toteż chcemy podkreślić, że w pełni uzasadnione jest przekonanie, iż dobra orientacja w poruszonym zagadnieniu może pozwolić na uniknięcie niekiedy bardzo poważnych błędów wychowawczych. Rodzice z braku odpowiedniego przygotowania często komplikują i udziwniają proces wychowania; angażują wiele sił i środków w sprawy zupełnie drugorzędne lub nie mające żadnego pozytywnego znaczenia, natomiast nie przywiązują wagi do tego, co służy pomyślnemu rozwojowi dziecka. Warto więc czasami sięgnąć do teorii (tak jak to robimy przecież przygotowując się do innych, równie lub znacznie mniej ważnych czynności) po to, aby nie szkodzić dziecku, nie stwarzać jemu i sobie trudnych sytuacji. To nie teoria czy teoretycy komplikują sprawy wychowawcze. Komplikują je rodzice, bez wzglę- spowodowane nadmiarem obowiązków lub nadmiernie rozbudowanym planem życiowych zamierzeń. Dyspozycje do przeżywania radości rozwijają się najpełniej w atmosferze wolnej od napięć, lęku, przytłoczenia obecnością dorosłych i ich nastrojami, humorami, konfliktami. Każda rodzina przeżywa okresy trudne. Dzieci albo wyczuwają zmartwienia rodziców, albo dowiadują się o nich, uczestniczą w nich. Jest jednak zasadnicza różnica między smutkiem czy przygnębieniem, wynikającym z dzielenia z dorosłymi ich kłopotów i trudności, a lękiem i zgaszeniem, jakie wywołuje zła atmosfera w rodzinie. Gdy trudności mijają, radość powraca. Długotrwałe napięcie pozostawia w psychice dziecka silne ślady traumatyczne, których na ogół nic nie jest w stanie usunąć. Najłagodniejszą konsekwencją skażenia psychiki lękiem i smutkiem jest pozbawienie możności przeżywania intensywnej radości. Trudne . jest życie dziecka z takim wyposażeniem na przyszłość. Autokratyczny styl kierowania dzieckiem osłabia w nim, a niekiedy zabija zupełnie, poczucie pewności siebie, wiarę we własne możliwości, własne siły, poczucie własnej wartości. Łatwo zauważyć, że dzieci rodziców o skłonnościach do despotyzmu, narzucających swoją wolę i poglądy są jakieś „nijakie" — często ogólnie rzecz biorąc pozytywne, ale pozbawione indywidualności, szare, mało energiczne. Niektóre spośród nich usiłują to kompensować agresją, co rodzi dodatkowe obciążenie psychiczne, ponieważ nie eliminuje lęku i poczucia zagrożenia, a wymaga dodatkowej mobilizacji sił. Silne zdeterminowanie osobowością wychowawcy rodzi często bierność, obojętność, apatię, brak zainteresowania dojściem do czegoś samemu, paraliżujące poczucie niezręczności we wszystkim, co się mówi, robi. Jeżeli nawet pod wpływem innych czynników utrzymuje się gotowość do działania, aktywność, to nie towarzyszy jej niezbędne dla przeżywania satysfakcji poczucie pewności siebie, pewności, że wykonywana praca jest wartościowa, że samemu jest się kimś. Omawialiśmy sprawy chyba bliskie i dobrze znane wielu czytelnikom. Rzadko zastanawiamy się nad tym, 127 dlaczego reagujemy na pewne sytuacje tak, a nie inaczej. Raczej wiele rzeczy kładzie się na karb bieżących trudności, zmęczenia, złego stanu zdrowia, zwłaszcza stanu nerwów. Wydaje nam się, że gdyby sprawy układały się inaczej, zgodnie z oczekiwaniami, bylibyśmy inni. Nie w każdym przypadku jest to słuszne. Bywa przecież, że wszystko układa się dobrze, a my funkcjonujemy tak, jakby jakiś wewnętrzny mechanizm się zatrzymał lub popsuł. Kiedy mówimy „cieszę się", brak w tym dźwięku, jak gdyby pękła w nas jakaś struna. Często pęka ona już w dzieciństwie. W dorosłym życiu to waży więcej na całym losie człowieka, aniżeli stan posiadania, pozycja, stanowiska. Nie można kupić sobie prawdziwych przyjaciół, jak mówił Lis w Małym Księciu. Nie można też kupić radości. Można jedynie usiłować ją sobie „sprawiać", ale bez dyspozycji do jej przeżywania będzie to zawsze tylko jej namiastka. Wreszcie, aby rozwinęły się u dziecka dyspozycje do przeżywania i wyrażania radości niezbędna jest rozumnie roztaczana nad nim opieka. Wprowadzony wyraz „rozumnie" oznacza, że nie powinny ulec zakłóceniu proporcje między kontrolą i ingerencją rodziców a swobodą dziecka. Właściwe wyważenie tych obu czynników nie jest rzeczą łatwą, toteż na ogół obserwuje się różnego rodzaju przegięcia. Była już mowa o tym, że rodzice albo pozostawiają dziecku nadmiar swobody, albo roztaczają nad nim nadmierną kontrolę, czemu nierzadko towarzyszy brak zaufania. Upowszechniana wiedza z zakresu rozwoju i wychowania dziecka także nie zawsze jest właściwie wykorzystywana i interpretowana. Jeżeli wyrwie się z kontekstu szerszych rozważań jakiś jeden element, można, pozornie zgodnie z teorią, bardzo zagmatwać proces wychowania w rodzinie. Tak niekiedy bywa z interpretacją konieczności zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa. W dążeniu do realizacji tego postulatu pedagogicznego można doprowadzić do całkowitego pozbawienia dziecka samodzielności, inicjatywy, poczucia pewności siebie. Z kolei nadmiar swobody bardzo zawęża zakres wychowawczych oddziaływań rodziców, 128 poza tym naraża dziecko na niebezpieczeństwa. Dziecko musi znać swoje prawa i obowiązki, musi znać granice swobody (całkowite pozbawienie jej lub krańcowe ograniczenie wyklucza możliwość nauczenia się właściwego korzystania z niej), musi pod opieką i kierunkiem dorosłych zdobywać coraz lepsze rozeznanie w tym, jakie formy zachowania, jakie rodzaje działalności są korzystne dla jego własnego rozwoju i mogą być korzystne w kontaktach z innymi ludźmi, z szerszym otoczeniem społecznym. Mówiliśmy już o roli czynnika ambicjonalnego w subiektywnych wyobrażeniach o szczęściu dziecka. Warto jednak jeszcze wrócić do tej sprawy w aspekcie dyspozycji do przeżywania radości. Chodzi o stawiane dziecku przez rodziców zbyt wygórowane wymagania. Jest rzeczą oczywistą, że wybitne uzdolnienia powinny być otaczane szczególną opieką. Nie bez racji podkreśla się obecnie także społeczną szkodliwość marnowania talentów, niedostateczną troskę o ich wczesne wykrywanie, niedoskonałość samej techniki. Natomiast nieporozumieniem jest „dorabianie" do dziecka teorii o wybitnych uzdolnieniach lub też mylenie tylko zdolności z talentem. Te sprawy rozstrzygać mogą wyłącznie specjaliści i do ich wskazówek należy się stosować. Większość dzieci należy do grupy bardziej lub mniej uzdolnionych. Mogą one osiągać bardzo dobre czy dobre wyniki w nauce, mogą — przy korzystnych warunkach domowych, własnej pracowitości, systematyczności i obowiązkowości — stawać się w szkole tak zwanymi prymusami, ale z tego faktu nie wynika jeszcze ich utalentowanie. Ustalenie stopnia uzdolnień dziecka wymaga dużej precyzji i fachowości. Tu nie można kierować się przesłankami subiektywnymi, ambicjami, odwoływaniem się do uzdolnień czy ich braku u rodziców. Stosunek rodziców do sprawy wybitnych uzdolnień jest zróżnicowany: jedni chcieliby tego dla dzieci i uważają, że przy ich pomocy oraz wkładzie pracy samego dziecka można osiągnąć wszystko; drudzy twierdzą, że talent czy wybitne uzdolnienia bardzo utrudniają proces wychowania i dziecku także to na dobre nie wychodzi, ponieważ staje się ono jakieś „inne" aniżeli rówieśnicy, nie może znaleźć przyjaciół. Dodaje 9 Szczęście dziecka się także niekiedy, że ludzie wybitnie zdolni nie są doceniani. Trzecie stanowisko ma charakter relatywny — rodzice specjalnie nie angażują się w sprawę, uważając, że jeżeli dziecko jest wybitnie uzdolnione to w każdej sytuacji da sobie radę. Każde z wymienionych stanowisk jest błędne. Najbardziej korzystne warunki i intensywna praca talentu „nie stworzą"; marnowanie wybitnych uzdolnień to marnowanie wielkiej, niepowtarzalnej szansy; talent nie rozwijany przestaje być talentem. W rozumieniu potocznym wybitne uzdolnienia kojarzą się wyłącznie z dyspozycjami czy właściwościami intelektualnymi (umysłowymi). Ale przecież można być także wybitnie uzdolnionym manualnie (tzw. „złote ręce" do wszystkiego), można posiadać wybitne zdolności organizatorskie — bardzo cenne i potrzebne w różnych dziedzinach życia społecznego, można być wreszcie tak zwanym „urodzonym przywódcą". Najbardziej przez wychowawców cenione są jednak xzdolnienia intelektualne i z nimi wiąże się marzenia o sławie dziecka, jego pozycji społecznej. Możliwości w zakresie wykazywania się zdolnościami jest dużo, tylko my kierując się przesłankami subiektywnymi dokonujemy selekcji — jedne uzdolnienia zdecydowanie preferujemy, inne wydają nam się mniej wartościowe. Wygórowane wymagania w stosunku do dziecka wynikają ze stworzonej sobie wizji „przyszłościowej". Podkreślaliśmy już, że jest ona bardzo mglista, iluzoryczna, zbyt ogólna jak na późniejsze życie dorosłego człowieka, którego bieg i kształt zależy od tak wielu czynników. Nadmierne wymagania w każdym przypadku stanowią poważne dla dziecka obciążenie psychiczne. Dzieci wcześnie zaczynają się orientować, czego rodzice od nich' oczekują, jak je sobie wyobrażają. Jedne przyjmują wszystko za „dobrą monetę", nabierają zbyt wygórowanego mniemania o sobie, ulegają fascynacji owych wizji. Napotykane niepowodzenia i trudności odczuwają jako niesprawiedliwość, przejaw zazdrości ze strony otoczenia, nieżyczliwość. Obraz świata, praw, jakie nim rządzą, ulega zniekształceniu. Rodzi się zniechęcenie, rozgoryczenie, poczucie braku perspektyw. Inne — starają się za wszelką cenę nie zawieść rodziców. Tu każde niepowodzenie urasta do rangi sprzeniewierzenia się, niemal zdrady zwłaszcza, że rodzice wiele wymagający raczej rzadko wspomagają działania dziecka przez zachętę, dodawanie wiary we własne siły, podkreślanie, że trudności są rzeczą naturalną i w pokonywaniu ich człowiek również wyraża swoją wartość. Częściej reagują niezadowoleniem, dezaprobatą, zniecierpliwieniem. Wzmaga to u dziecka stan wewnętrznego napięcia, jeszcze bardziej obniża zdolność do efektywnego działania, tłumi dyspozycje do cieszenia się życiem.
ZNACZENIE DOŚWIADCZEŃ WTND3SIONYCH Z DOMU RODZINNEGO
W zasadzie wszyscy wiedzą, czym jest rodzina w życiu dziecka, a mimo to dla praktyki wychowawczej nie wynika z tego tak wiele, jakby należało się spodziewać. Do najważniejszych przyczyn zaliczyć można to, że posiadana wiedza ma charakter zbyt ogólny, aby była użyteczna w organizowaniu oddziaływań na dziecko na co dzień i przez wiele lat życia, .oraz że niemal w każdym przypadku wkład rodziny vr wychowanie interpretowany jest bardzo dowolnie. Decydują tu własne doświadczenia rodziców, ich wyobrażenia o obowiązkach wobec dzieci, ich indywidualna wizja „szczęśliwego dzieciństwa" (o czym już wspominałam), wreszcie warunki, w jakich rodzina żyje, w tym przede wszystkim sprawy dotycząca bezpośrednio dorosłych: wzajemne stosunki, osobiste ambicje i dążenia, zainteresowania i obowiązki pozarodzinne, a także intelektualny, moralny i kulturalny poziom rodziców. Duża ilość czynników wyznaczają-cych zarówno model rodziny, jak i jej działalność jako środowiska wychowawczego, sprawia, że nawet przy najlepszych zamierzeniach i chęciach wiele problemów ściśle związanych z wychowaniem wymyka się uwadze dorosłych lub są one błędnie oceniane, chociaż trudno mówić o błędach w sytuacji, gdy pewne rzeczy są nieuświadamiane czy nie stanowią przedmiotu jakiejkolwiek refleksji. Jedną z takich spraw są właśnie wynoszone z domu rodzinnego doświadczenia dzieci. Nie zdajemy sobie sprawy w stopniu dostatecznym z tego, że wszystko, co do dziecka dociera, z czym się ono styka, daje zapis w psychice, niekiedy bardzo trwały. Jest to tym dziwniejsze, że do doświadczeń dorosłego człowieka przywiązujemy dużą wagę, nadajemy im odpowiednią rangę, są one wizytówką życiowego wyrobienia, lepszej orientacji w wielu sprawach, wyższych kwalifikacji. Odwoływanie się dorosłych do własnych doświadczeń stanowi często znaczący argument w podejmowanych dyskusjach, w realizacji jakichś zamierzeń. Natomiast gromadzonych przez dziecko doświadczeń nie dostrzegamy lub bagatelizujemy je, podobnie zresztą jak bagatelizujemy jego zmartwienia. Niemal powszechne jest przekonanie, że kilkuletni czy kilkunastoletni mały człowiek nie może mieć zmartwień, a jeżeli nawet je ma, to są to drobiazgi, które nie zasługują na uwagę. W tej jednej kwestii człowiek dorosły stawia znak równania między sobą i dzieckiem, świadomie lub nieświadomie porównując własne problemy z tym, co jest przedmiotem jego troski czy przygnębienia. Rodzi to często pierwszy rozdźwięk między dzieckiem a dorosłymi, pierwsze przejawy braku zaufania do nich, świadomość, że w sytuacjach trudnych jest się pozostawionym samemu sobie. Rozważmy niektóre wpływy rodziny ważne z punktu widzenia gromadzonych przez dziecko doświadczeń. Pierwszą płaszczyznę doświadczeń stanowią kształtujące się od najwcześniejszych lat życia wyobrażenia dziecka o sobie. Zdobywana w kontaktach społecznych, poprzez wymianę informacji, przez dokonywanie porównań wiedza o sobie nie jest czynnikiem obojętnym w kształtowaniu się późniejszej postawy człowieka, jego cech charakterologicznych, jego osobowości w ogóle. Toteż może niepokoić to, że pierwsze opinie o sobie, z jakimi się człowiek styka, mają charakter bardzo powierzchowny, jest w nich szablonowość, nierzadko tendencyjność. Wobec dzieci stosuje się kryteria oceny, które byłyby żenujące w ocenach dorosłego człowieka. Pierwsze publicznie wymieniane uwagi o dzieciach 7 Szczęście dziecka (i na ogół przy dzieciach) odnoszą się do urody. Dziecko wcześnie dowiaduje się, czy jest „ładne", czy „brzydkie". W tej nic nie znaczącej płaszczyźnie rozgrywają się pierwsze eliminacje, chociaż w sferze ocen nie jest istotne, że ktoś jest ładny czy brzydki. „Ładny" to nie są żadne kwalifikacje ani u dziecka, ani u osoby dorosłej. „Brzydki" człowiek może być bardzo wartościowy, w pełni zasługujący na szacunek. Próżność dorosłych podsuwa kryteria oceny pozbawione jakiejkolwiek głębszej treści. Niekiedy tłumaczy się to zdeterminowaniem konwencją — nie wypada nie pochwalić cudzego dziecka. Ale chwalenie ze względów grzecznościowych to tylko jeden z elementów oceniania, które funkcjonuje w bardzo szerokiej skali. W układach najbliższego powiązania dzieci są chwalone za wygląd także z innych względów. Działa tu niekiedy ambicja rodziców, tak zwane zaślepienie uczuciem, względnie wyobrażenia dorosłych o urodzie lub jej braku. Bez względu na przyczyny formułowanie w tej dziedzinie nieprzemyślanych ocen (dodatnich czy ujemnych) może wyrządzić wiele złego. Pochopne i powierzchowne opinie i oceny dotyczą również uzdolnień dziecka, jego różnych właściwości psychofizycznych, a zwłaszcza charakteru. Z tego źródła pochodzą podziały na dzieci „dobre" i „złe", „udane" i „nieudane". Owe oceny orientują dziecko w stosunku rodziców, wyznaczają jego pozycję zarówno w świecie dorosłych, jak i w.środowisku rówieśników, mają duży wpływ na kształtowanie się stosunku dziecka do siebie. Omówienie wszystkich czynników wpływających na kształtowanie się stosunku człowieka do siebie mogłoby być przedmiotem osobnego opracowania — tak obszerny jest to problem. Skoncentrujemy się jedynie na tym okresie rozwoju, który pozostawia najsilniejsze i najbardziej trwałe ślady: na dzieciństwie i dorastaniu. Nim jednostka osiągnie taki stopień dojrzałości intelektualnej, emocjonalnej i społecznej, że potrafi sama ocenić siebie w sposób względnie obiektywny, jej wyobrażenia o sobie wyznaczają inne czynniki. One również tworzą wokół dziecka określony klimat, który stopniowo coraz bardziej nasyca atmosferę domu, rzu- tuje na atmosferę wokół dziecka w szkole, przepowiadaną dziecku przyszłość. Mimo deklarowanego przez rodziców pragnienia szczęścia dziecka zapomina się często o tym, że nie należy niczego pochopnie i przedwcześnie przesądzać, że trzeba rozwój dziecka wspomagać i ukierunkowywać, że trzeba się liczyć z jego odrębnością, jego aktualnymi możliwościami po to, aby je wzbogacać i poszerzać, nie ustawiając równocześnie przysłowiowej „poprzeczki" ani zbyt wysoko, ani zbyt nisko. Dziecko jest w stanie osiągnąć z czasem więcej, aniżeli wskazywał na to jego rozwój w okresie dzieciństwa czy dorastania, jednak proces wzrostu i rozwoju nie może przebiegać w atmosferze napięcia, wywierania presji i nerwowego oczekiwania na natychmiastowe efekty. Badając sytuacje dzieci i młodzieży, które w pewnych okresach sprawiały trudności lub tylko nie były w stanie sprostać stawianym im wymaganiom, czy nie spełniały wiązanych z nimi oczekiwań,, stwierdza się często, że wytworzona wokół dzieci atmosfera stanowi dodatkowy, poważny czynnik komplikacji, niekiedy tak silny, że daremne okazują się wszelkie podejmowane środki wychowawcze. Zła atmosfera blokuje dziecku możliwość poprawienia się lub zmienienia czegokolwiek. Ponadto całkowicie wypacza u niego obraz samego siebie. Niezależnie od sytuacji, w jakiej się dziecko znajduje z własnej winy lub z winy innych osób (trudności mogą być spowodowane także przez dorosłych czy rówieśników), szybko traci ono poczucie wartości, nabiera przekonania, że jest gorsze lub mniej udane, przeżywa uczucie lęku, zagrożenia, ośmieszenia i upokorzenia. Wymienione odczucia i stany powodują obciążenie psychiczne, od którego uwolnienie się w tym wieku jest ponad siły dziecka. W sytuacjach szczególnie trudnych załamują się również ludzie dorośli, a przy bardzo złym samopoczuciu ich reakcje także mają często charakter nieprawidłowy. Staramy się to w różny sposób wytłumaczyć, nie oburzamy się, nie gorszymy. Zła forma psychiczna stanowi okoliczność, która wiele wyjaśnia. Jednak wobec dzieci i młodzieży stosujemy inne kryteria oceny, inną miarę. Mówiąc najogólniej żądamy od nich wyłącznie postaw pozy- tywnych, sprostania wszelkim trudnościom, zakładając, że są one w stanie podołać wymaganiom, szczególnie wówczas, gdy rodzice otaczają dziecko opieką i darzą je uczuciem. Pomijamy zupełnie trudności wzrostu i związane z nimi problemy dorastającej młodzieży; pomijamy trudności wynikające z braków organicznych, a także nie dostrzegamy konsekwencji nieprawidłowości w funkcjonowaniu podstawowych środowisk wychowawczych (rodziny, szkoły), popełnianych przez nie błędów. Przekonanie, że jeżeli dziecko ma „wszystko", to powinno sprostać stawianym mu wymaganiom, jest często rejestrowanym w badaniach schematem myślowym, bardzo komplikującym proces wychowania młodego pokolenia, a w indywidualnych przypadkach brzemiennym w poważne konsekwencje. Rodzicom dostarcza wielu trosk, niekiedy załamuje ich, rodzi poczucie życiowej przegranej, ponieważ dziecko, w ich przekonaniu, nie spełniło wiązanych z nim oczekiwań. Dziecko płaci za to niejednokrotnie całym życiem, jeżeli nabierze pewności, że już u jego progu coś się zaczęło łamać, sam start wypadł zdecydowanie niekorzystnie i zaprzepaszczone zostały wszelkie szanse. Rzadko zwraca się uwagę na to, że wychowując można wyrządzić dziecku dużą krzywdę także, gdy intencje są najlepsze. O krzywdzie może być mowa wówczas, gdy w okresie dzieciństwa lub dorastania wygaszona zostanie dyspozycja do przeżywania radości, zniszczona zostanie wiara we własne siły, własne życiowe możliwości i szanse. „Nikt nie może czuć się zarazem odpowiedzialny i pozbawiony nadziei" — powiedział Saint-Exupery. Warto o tym pamiętać. Nieprzypadkowo więc ten fragment książki zawiera w tytule wyraz „doświadczenia", a nie na przykład „przeżycia" dziecka. Użyliśmy go celowo, wychodząc z założenia, że pozwala on na szersze ujęcie omawianego tematu. Określone sytuacje, w jakich znajduje się dziecko, wiedza, jaką wówczas zdobywa o sobie, o otaczającym świecie, konsekwencje, jakie w wyniku ich ponosi, to, co w związku z nimi przeżywa, gromadzi się tworząc właśnie zrąb pierwszych doświadczeń życiowych w znaczeniu ogólniejszym. Dzieci i młodzież, 100 którym z różnych przyczyn coś się nie udaje, które mają świadomość, że kogoś zawodzą, popadają w uwikłanie, na które składa się niezadowolenie z siebie i otoczenia, żal i pretensje, poczucie niesprawiedliwości i poczucie winy. Te odczucia i stany, często sprzeczne ze sobą, kształtują postawę wobec życia, wobec siebie i otoczenia. Dostrzegamy różne jej przejawy i ponownie poddajemy je ocenom, z reguły jeszcze bardziej krytycznym, obciążającym dziecko. Najmłodsze pokolenie widzi błędy popełniane przez dorosłych, ich nieporadność w różnych życiowych sytuacjach, ich niepowodzenia i trudności, a także ich wady. Rejestruje również to, że dorośli dysponują bogatymi możliwościami tłumaczenia wielu rzeczy w sposób dla nich korzystny, że potrafią usprawiedliwiać nawet to, czego usprawiedliwić nie można. Czy dzieci są bezwzględne w sposobie oceniania rodziców? Ma to miejsce tylko wtedy, gdy rodzice w każdej sytuacji i bardzo autorytatywnie stawiają siebie za wzór, zapominając,- że dziecko dysponuje pewną wiedzą o nich, że także wyrobiło sobie już jakiś sąd w pewnych sprawach. Wówczas zarzucają mu zakłamanie, obłudę, dziecko jest skłonne do odrzucania wszystkiego, co dorośli mówią, czego wymagają. Ale równocześnie wystarczy, żeby rodzice zmienili ton, żeby zeszli z „piedestału" i podjęli spokojną rozmowę, wykazując zrozumienie dla problemów i trudności dziecka, ono także zmienia swój stosunek do nich. W badaniach stwierdziłam wielokrotnie, że dzieci przejawiają wiele tolerancji dla różnych braków i wad rodziców, że są skłonne do stawania w ich obronie, chętnie zapominają nawet o przykrych sytuacjach. Wynika to z bardzo silnej potrzeby bliskości psychicznej z dorosłymi, z potrzeby oparcia w osobie starszej, bardziej doświadczonej, chociaż wcale nie „doskonałej". Austriacki pisarz Franz Werfel wyraził myśl, która najlepiej oddaje sens tego, o czym mówimy: „Niedoskonałość, która nas dzieli, nie jest ani w przybliżeniu tak wielka jak niedoskonałość, która nas łączy". Zrozumienie tego faktu stanowi jedną z „tajemnic" bliskiego kontaktu z dzieckiem. Sprawę komplikuje błędna interpretacja czynników, które wyznaczają autorytet dorosłych. Autorytet kojarzy się niesłusznie z przewagą, domina- cją i siłą. Te trzy elementy wymagają podbudowania „mitologią". Starsze pokolenie zawsze ma wiele okazji do jej rozbudowania. Zapomina się przy tym, że nic bardziej nie zakłóca współżycia w rodzinie, jak wychodzenie przy każdej okazji od powszechnie znanych stwierdzeń: „ja w twoim wieku...", „za moich czasów..." itp. Wprowadzanie porównań, szczególnie gdy sytuacje z różnych względów są nieporównywalne, drażni i rodzi sprzeciw. Nie przynosi również pożądanych rezultatów wychowanie, w trakcie którego daje się dziecku do zrozumienia, że jest gorsze, że w lepszych warunkach stać go na mniej, że sprawia tjdko zawody, rozczarowuje. Takie postawy rodziców dostrzega się w niektórych rodzinach. One to rodzą niepożądane zachowania i sytuacje wśród młodzieży. Nie ma zjawisk wśród młodzieży, które nie wiązałyby się w jakiś sposób ze światem dorosłych. Niekiedy te związki mają charakter bardzo złożony i trudno je ustalić wprost bez wnikliwej wieloaspektowej analizy. Alkoholizm, narkomania czy przestępczość występują również wśród dorosłych. W postawach niektórych osób tkwi źródło przyjętego przez tak zwanych gitow-ców podziału ludzi na „frajerów" i tych „mądrych", „silnych". Oni nadali jedynie zjawisku kształt dostosowany do możliwości i wyobraźni nastolatków, chociaż pewne stosowane metody znęcania się nad słabszymi nie są oryginalne. Analiza środowisk rodzinnych młodzieży, którą charakteryzują wymienione cechy i reakcje, dostarcza wielu informacji dotyczących funkcjonowania tych rodzin, postaw rodziców lub dorosłych z szerszego otoczenia. U podstaw różnego rodzaju niepożądanych manifestacji ze strony młodzieży tkwi silnie odczuwana potrzeba zaakcentowania własnego istnienia, siebie, swojej odrębności. Niedojrzałość oraz presja trudnej sytuacji osobistej powodują dokonywanie wyboru tego, co jest w zasięgu ręki, najłatwiejsze, dające chociaż złudzenie wyjścia z impasu. Mamy dzieciom za złe, że sięgają po to, co najłatwiejsze, że uciekają od swoich trudności. Czy jednak człowiek dorosły nigdy tego nie robi, jeżeli zaczyna mu brakować sił lub nie widzi dla siebie innych możliwości? Czy sami w procesie wychowania nie uciekamy się także do środków nie tylko łatwych, ale i prymitywnych, na przykład zamiast szukać przyczyn trudności i niepowodzeń dziecka sprawiamy mu „solidne lanie" lub robimy awanturę, w trakcie której wymawiamy mu wszystko, co dla niego zrobiliśmy, kreślimy ponurą wizję jego przyszłości? Uciekanie się do sposobów „łatwych" w różnych życiowych sytuacjach stanowi mechanizm dość powszechnie stosowany i ma swoje różne uzasadnienia, chociaż nie należy do środków pożądanych i skutecznych, przynajmniej w dziedzinie wychowania. Toteż wychowawcy wiedząc o tym i zdając sobie sprawę z konsekwencji tego rodzaju zabiegów muszą umieć w sposób rozważny przeciwdziałać powstawaniu sytuacji szkodliwych dla całego procesu rozwoju i wychowania. Jedną z podstawowych zasad działania jest dążenie do przywrócenia równowagi między uwidaczniającą się postawą wychowanka, jego trudnościami i możliwościami ich stopniowego pokonywania. Powinni oni również mieć na uwadze to, że odwrócenie się dziecka od domu i szkoły wynika z silnie odczuwanej potrzeby oparcia w jakimś innym środowisku, grupie, która go zaakceptuje. Kierują go w tę stronę między innymi konflikty z dorosłymi, ich ciągłe pretensje. W nowej grupie szuka możliwości rozładowania napięć i chociażby pozornego potwierdzenia swojej wartości. Czasami wystarcza sama świadomość, że jest się członkiem zbiorowości, która czemuś się przeciwstawia. Sam przedmiot sprzeciwu jest już często mniej istotny. Zdobyte doświadczenie może utwierdzać dziecko w przekonaniu, że na dorosłych nie należy liczyć. Demagogią są apele o zwracanie się ze wszystkim do rodziców czy nauczycieli, jeżeli praktyka wskazuje, że nie można się do nich zwracać, ponieważ albo tego nie chcą, albo nie potrafią podjąć rozmowy i nadać jej spokojnego, rzeczowego charakteru. Nie chodzi tu o „głaskanie", rozczulanie się, pocieszanie czy litowanie się. Rzecz także nie w zmniejszaniu wymagań, jeżeli wiadomo na pewno, że są na miarę dziecka. Potrzebna jest właśnie spokojna, rzeczowa rozmowa, taka, jaką my dorośli chcielibyśmy odbyć z kimś, kto miałby nam służyć radą. Wielu błędów uniknąłby niejeden dorosły człowiek, gdyby w swoich „szczenięcych latach" mógł zwrócić się ze wszystkimi problemami do rodziców. Wchodziłby w życie wzbogacony o ich doświadczenia, ich życiową mądrość. Większość niepowodzeń i „przegranych" dorosłych ma swoje źródła we wczesnych latach życia. Czas zaciera niektóre wspomnienia, obrazy nakładają się na siebie, skraca się dystans do wielu spraw, tym niemniej w świadomości tkwi przekonanie wyrażone w cytowanym już powiedzeniu Goethego „wszystko ułożyłoby się znakomicie, gdyby można było rzecz powtórzyć". Prawdziwym szczęściem dziecka w rodzinie jest ta właśnie możność odwoływania się do rodziców zawsze wtedy, kiedy jego dziecięcy, a potem młodzieńczy świat zaczyna się chwiać, kiedy gromadzą się nad nim chmury. Na nic się zdają wszelkie materialne wyrazy uczuć rodzicielskich, jeżeli nie są oni pierwszymi, najwierniejszymi, mądrymi i wymagającymi przyjaciółmi. Z tej przyjaźni wynika tak potrzebny autorytet, prawdziwy autorytet; owa przyjaźń pozwala na przejmowanie od rodziców wartości moralnych, służy dążeniu do wzbogacania własnej osobowości. Stosunki łączące dziecko z rodzicami to drugie źródło doświadczeń, w oparciu o które zaczyna się kształtować jego stosunek do innych ludzi; to, czy będzie ono miało do nich zaufanie, czy stanie się nieufne; czy potrafi nawiązywać szersze kontakty społeczne, czy też będzie od nich stroniło. Dla społecznego wychowania młodego pokolenia rodzinna szkoła współżycia i współdziałania ma kapitalne znaczenie. Podkreślał to 2400 lat temu Arystoteles w swojej Etyce nikomachijskiej. W rodzinie rozwijają się u dziecka takie dyspozycje, jak życzliwość, szacunek dla innych, gotowość do podejmowania wspólnych działań, poczucie solidarności. Tu także dziecko uczy się właściwych sposobów reagowania i zachowania, nabywa to, co potocznie określa się mianem obycia, ogłady, która daje tak cenną w dorosłym życiu swobodę zachowania (bycia), jedna sympatię i uznanie otoczenia. Starsze pokolenie zna określenie „kinder-stube". Oznaczało ono dobre podstawy wychowania wyniesione ze środowiska rodzinnego, przede wszystkim ogładę i kulturę w sposobie zachowania się. Jeżeli u dziecka, a potem człowieka dorosłego, nie występują wymienione wyżej cechy, to jest to wyraz zaniedbań wychowawczych lub niskiego poziomu kulturalnego domu, w którym się wychowywał. Parafrazując włoskie przysłowie, można powiedzieć, że tylko „ten ma dobry cień, kto się opiera o dobre drzewo". „Drzewem", z którego człowiek wyrasta, jest. jego dom. Dzieci od najmłodszych lat powinny uczyć się obcowania z dorosłymi. Tam, gdzie przeszkadzają one rodzicom lub gdzie w obrębie rodziny pozwala się im na wszystko, taka umiejętność nigdy się nie wykształci. Jak liczne są braki w tej dziedzinie, łatwo zaobserwować na przykład na rodzinnych wczasach czy też podczas wizyt w domach, gdzie są dzieci. Porównanie jest niewątpliwie rażące, ale dorośli potrafią nauczyć psa zachowania się między ludźmi. Oczywiście jest w tym element tresury, jednak uważa się za celowe przyzwyczajanie go do pewnych rzeczy. W stosunku do dzieci lepiej nie próbować „tresowania", ponieważ w ten sposób okalecza się je. Czy jednak nie powinno się rozwijać u dziecka umiejętności takiego obcowania z dorosłymi, aby nie tylko wzajemnie sobie nie przeszkadzać, ale umieć wspólnie odpoczywać i wspólnie się bawić? Nasze dzieci są nieobyte, nie przyzwyczajone do przebywania razem z dorosłymi, do kulturalnego zachowania się w ich towarzystwie. Prawdopodobnie w obecności samych rodziców korzystają z nadmiernej swobody. Rodzice w obecności osób trzecich usiłują „nadrobić" zaniedbania i braki w wychowaniu dziecka, ale ze zrozumiałych względów wychodzi to niezręcznie, jeszcze bardziej denerwuje. Trudno w sytuacji napiętej i kłopotliwej opanować umiejętność, którą powinno się posiadać na co dzień, w zwyczajnych, normalnych, domowych warunkach. Mówi się, że przyzwyczajenie jest drugą naturą. Do kulturalnego obcowania z ludźmi, także z najbliższymi, trzeba się przyzwyczajać od wczesnego dzieciństwa. Istotne źródło doświadczeń dziecka ważnych z punktu widzenia kształtowania się jego postaw rodzinnych czy postaw wobec życia rodzinnego to obserwacja współżycia dorosłych członków rodziny. Wprawdzie w badaniach czy sondażach młodzież kreśli piękne wizje własnego przyszłego życia rodzinnego, ale w opisach rodzin, w których się wychowywała, sporo jest akcentów dezaprobaty. Dotyczy ona występującego braku wzajemnego zrozumienia, niekiedy braku chęci wniknięcia w sprawy i problemy współmałżonka, gwałtownych reakcji w sytuacjach spornych, widocznego znużenia sobą, także znużenia życiem rodzinnym, zbyt silnego nastawienia na dostrzeganie wyłącznie trudności i nie docenianie tego, co jest w życiu rodziny wyrazem osiągnięć, co jest dobre, miłe. Młodzież chciałaby mieć dom pogodny, spokojny, nasycony atmosferą bezpieczeństwa i radości z tego, że jest się razem. Tak to przynajmniej wygląda w świetle zgłaszanych deklaracji. Odczuwane braki wzmacniają tendencję do nadmiernego idealizowania przyszłej własnej rodziny, co nie wydaje się bezpieczne, jeżeli zważyć, że wyniesione z domu rodziców przygotowanie do tworzenia własnego modelu życia prywatnego, odpowiadającego aktualnym warunkom oraz indywidualnym potrzebom małżonków, nie jest raczej zadowalające. Wreszcie usunięcie z życia rodziny wymienianych przez młodzież zjawisk niepożądanych wymaga umiejętności oraz określonych dyspozycji młodych ludzi. Można mieć wątpliwości co do tego, czy wobec i tu występujących braków wyidealizowana wizja rodziny, którą się założy, nie będzie przekraczała rzeczywistych możliwości obojga zainteresowanych. Nie wiemy ponadto, czy nie da o sobie znać przyzwyczajenie do pewnych sposobów reagowania, zachowania się (owa „druga natura"), czy nie będą odwzorowywane pewne schematy rodzinnych Układów. Wymieniliśmy tylko niektóre doświadczenia dziecka wynoszone z domu rodzinnego. Te właśnie wydają się być najbardziej znaczące z indywidualnego punktu widzenia, chociaż są także inne ważne płaszczyzny oddziaływania na młode pokolenie. Dom kształtuje stosunek człowieka do pracy, wykonywanego zawodu, związanych z nim obowiązków. O stosunku do wartości i wzorach osobowych stwarzanych przez dorosłych mówiliśmy już wcześniej. Warto może tylko silniej zaakcentować myśl zawartą w starożytnej maksymie, że „prywatne cnoty tworzą publiczne obyczaje". Rozwijają się one najlepiej i najpełniej w warunkach rodzinnej intymności. Raczej trudno czuć się szczęśliwym nie wynosząc z dzieciństwa i wczesnej młodości zasad, które będą ukierunkowywały postępowanie człowieka dorosłego.
ZWIĄZKI MIĘDZY SZCZĘŚCIEM A OSOBOWOŚCIĄ I CHARAKTEREM
Jednym z zadań wychowania jest pobudzanie i wspomaganie rozwoju dziecka we wszystkich sferach jego osobowości. Aby ten proces mógł przebiegać pomyślnie, konieczne jest rozpoznanie właściwości dziecka (obecnie szczególne znaczenie ma ustalenie stopnia prawidłowości rozwoju oraz wychwycenie ewentualnych tak zwanych mikrodefektów, które możliwie wcześnie należy usuwać lub kompensować), zadatków jego uzdolnień, poprawne określenie jego aktualnych możliwości oraz dokonanie właściwego wyboru środków i metod wychowawczego oddziaływania. Są to poczynania wymagające wiedzy, umiejętności, rozwagi, słowem — kompetentnego działania. Nie przekraczają one jednak możliwości rodziców, jeżeli tylko starają się rozumieć istotę tego procesu. Kształtowanie osobowości dziecka stanowi podstawowy cel wychowania. Z osobowością wielu autorów wiąże czynniki jego szczęścia. Władysław Tatarkiewicz pisze: „Losy człowieka i jego osobowość nie przeciwstawiają się ... sobie tak stanowczo, jak się zwykło sądzić. Bo jednak los wpływa na osobowość człowieka, a osobowość na jego los. Osobowość przejawia się również w losie, a los w osobowości"1. Szczególną rolę przywiązuje W. Tatarkiewicz do charakteru człowieka, rozumiejąc przez niego „dyspozycje do uczuć, dążeń i postanowień"2. Twierdzi on, że: „Jest to ta część jego (człowieka — przyp. H. I.) osobowości, która ma bezpośredni wpływ na jego szczęście i nieszczęście." Wokół charakteru człowieka jako określonej właściwości, podobnie zresztą jak wokół jego „natury", nagromadziło się wiele sprzecznych poglądów i błędnych przekonań. Z idealistycznej koncepcji człowieka zrodził się pogląd, że charakter jest właściwością wro- 1 W. Tatarkiewicz O szczęściu, op. cit., s. 318. 2 Władysław Szewczuk • w podręczniku Psychologii (Warszawa 1966, t. II, s. 436) określa charakter jako całokształt „stosunków człowieka względem innych ludzi i wobec własnego działania, własnej pracy...". Inną definicję charakteru znaleźć można w Leksykonie PWN (Warszawa 1972, s. 171): „właściwy dla danej jednostki zespół względnie stałych cech osobowości określający jej stosunek do własnych zadań". dzoną i nie podlegającą modyfikacjom w trakcie życia. Dowodzili tego filozofowie i pedagodzy tej miary co A. Schopenhauer i G. Kerschensteiner 1. Przekonanie, że charakter jest cechą wrodzoną, należy do poglądów nadal rozpowszechnionych wśród znacznej części rodziców. Obserwuje się przy tym wyraźne zaprzeczanie sobie. U dzieci ocenianych jako „złe od urodzenia" dorośli starają się „wytępić" cechy niepożądane, zapominając o tym, że skoro są one „wrodzone", to zmienić ich nie można. Dzieciom niejako „z natury dobrym" poświęca się natomiast mniej uwagi, co w skutkach także bywa bardzo niekorzystne zarówno dla wychowywanych, jak i wychowujących. Charakter jest często utożsamiany z temperamentem2, co jeszcze bardziej utrudnia proces poznawania własnego dziecka, a również pracę człowieka nad sobą. Dla praktyki wychowawczej niezmiernie istotaa jest orientacja, że w pierwszym przypadku (charakter) mamy do czynienia ze stosunkiem człowieka do innych ludzi, do siebie, zaś w drugim (temperament) — ze sposobami reagowania na bodźce zewnętrzne oraz z trwałością lub brakiem trwałości stanów uczuciowych 3. Stosunek do ludzi, do siebie kształtuje się w procesie społecznego wychowania i dorastania, pod wpływem przekazywanych wartości, wzorów kulturowych, zachowań moralnych i społecznych, a także pracy nad sobą. Wyznaczają go postawy człowieka, wartości, jakie ceni, motywacje, którymi się kieruje, osobiste poglądy, zainteresowania i potrzeby. Ten zespół cech określa się mianem osobowości (względnie stałe 1 Artur Schopenhauer (1788—1860) — filozof niemiecki, reprezentant skrajnie pesymistycznego poglądu na . świat; George Kerschensteiner (1854—1932), pedagog niemiecki. 3 W. Szewczuk określa temperament za Hipokratesem jako: „...całokształt właściwości charakteryzujących dynamikę zachowania się człowieka w najróżnorodniejszych sytuacjach życiowych" (Psychologia, op. cit., s. 416). ' Temperament określany jest także jako „zespół stałych cech psychicznych człowieka charakteryzujących jego życie emocjonalne i sposób reagowania na bodźce zewnętrzne: przede wszystkim stopień pobudliwości, siły i trwałość stanów psychicznych" (Leksykon PWN, op. cit., s. 1181). cechy psychiczne człowieka oraz mechanizmy wewnętrzne regulujące jego zachowania). Widzimy więc, że związki między charakterem i osobowością są bardzo ścisłe. Ścisły jest także związek między kolejami życia człowieka a jego cechami kształtującymi się i zmieniającymi w toku życia, w wyniku różnych oddziaływań. Rola jednostki jako twórcy samego siebie jest w tym procesie stawania się człowiekiem niebagatelna. Natomiast temperament stanowi czynnik organiczny, biologiczny, wyraża się w różnych typach układu nerwowego i w różnym jego funkcjonowaniu. Określa on (determinuje) ogólną aktywność jednostki (np. żywotność, gwałtowność, powolność, zrównoważenie, nieopanowanie, zmienność nastrojów itp.) *. Temperament określa się potocznie jako usposobienie (np. gwałtowne, spokojne itp.). Niewątpliwie sposób reagowania na bodźce zewnętrzne, chwiejność czy zmienność stanów uczuciowych (potocznie — nastroju) również ważą na życiu człowieka, ale nie w takim stopniu, jak jego osobowość, szczególnie zaś charakter. Osoba reagująca gwałtownie może być człowiekiem bardzo wartościowym, dobrym, uczynnym, wrażliwym. Owa impulsywność jest często bardzo kłopotliwa i dla danej jednostki, i dla otoczenia, ale nie dyskwalifikuje jej w sensie moralnym, społecznym. Otoczenie, jeżeli nie ocenia powierzchownie, nauczy się współżyć z takim człowiekiem, nauczy się rozumieć go i cenić w nim te cechy, które się rzeczywiście liczą. Człowiek może przez samokontrolę pohamować swoją gwałtowność, ale nie zawsze jest w stanie pozbyć się jej całkowicie. Narzucony sobie najsurowszy reżim niekiedy zawodzi. Typ układu nerwowego dziecka określa stopień trudności, wobec których stają rodzice. Brak orientacji w ich przyczynach stanowi źródło popełnianych błędów wychowawczych. Właściwa diagnoza potrzebna jest zarówno rodzicom, jak i samemu dziecku. Tylko wówczas można w sposób rozumny i prawidłowy pobudzać 1 Wśród psychologów nie ma zgodności co do tego, czy temperament należy do osobowości.